90 lat hokeja w Łodzi. Nawet Boniek kibicował ŁKS-owi

Reklama
Reklama
Czas 9 min czytania

23 stycznia przypada 90. rocznica pierwszego meczu hokejowego w Łodzi. Z tej okazji spotkałem się z ludźmi, którzy tworzyli historię tej dyscypliny.

O łódzkim hokeju opowiadali Andrzej Krysiński, wieloletni kierownik drużyny hokejowej ŁKS, jeden z założycieli Łódzkiego Klubu Hokejowego; Arkadiusz Witczak, ostatni aktywny zawodnik drużyny ŁKS-u, obecnie kapitan ŁKH; Julian Rajnert, pozytywnie zakręcony kibic hokeja w Łodzi, a jednocześnie działacz sportowy.

Umówiliśmy się na retkińskim lodowisku. Jako pierwsi przyszli Andrzej Krysiński i Julian Rajnert. – Czekamy na naszego gwiazdora – śmieją się. “Gutek”, bo taki pseudonim ma Arkadiusz Witczak, przychodzi prosto z treningu z grupami młodzieżowymi. Siadamy i panowie zaczynają opowieść…

Reklama

Jaka jest recepta na hokejową długowieczność? – pytam Arkadiusza Witczaka, który w 1991 roku występował w barwach ŁKS-u, a w 2021 wciąż gra. Witczak: – Dobre geny Jak widzę, że zawodnicy młodsi ode mnie o dekadę nie dają rady, to jestem zaniepokojony przyszłością hokeja. To nie ja mam ich zastępować na lodowisku, bo nie mają siły, tylko oni mnie! Daję z siebie na lodzie 100 procent.

Zaczynamy wspominać, a Krysińskiemu od razu błyszczą oczy. Na pytanie, jak działała sekcja w najlepszych latach, mógłby odpowiadać godzinami, a i tak nie znalazłby tylu słów, żeby opisać emocje. – Przychodzili piłkarze ŁKS-u, którzy mieli wtedy status gwiazd w mieście. Nawet Jan Sobol – zaczyna. – Sekcja wyglądała profesjonalnie, to nie był jakiś podrzędny klub. Mieliśmy swoją szatnię, swoje miejsce w mieście. Na tamte czasy klub był świetnie ułożony – podkreśla.

Paweł Lewandowski wspomina to tak: – Boniek zasiadał w środkowym sektorze hali w szaliku ŁKS-u i razem z nami dopingował drużynę.

Reklama

Witczak: – Gdy przechodziłem z Boruty do ŁKS-u, wypożyczony przez trenera Stefaniaka, to był dla mnie inny świat. Każdy trening, mecz to było dla mnie coś niesamowitego. Z przeplatanką grałem tylko jako junior, później klub niestety upadł, przeszedłem do Torunia do ekstraligi. Liznąłem tego hokeja z najwyższej półki, a później było 19 lat rozbratu z lodowiskiem…

Rajnert: – Pochwal się co robiłeś przez te 19 lat.

Witczak: – Wykluczyła mnie kontuzja. Kolega na treningu wjechał mi kolanem w udo na pełnej prędkości. Poczułem się jakby urwało mi nogę

Krysiński: – Ale w musicalu Metro występowałeś

Witczak: – No tak, w czasie mojej przerwy z hokejem tańczyłem tańce latynoamerykańskie, był casting do Metra, akurat udało mi się dostać. Fajna przygoda, kawał świata zwiedziłem.

A jak powstał Łódzki Klub Hokejowy?

Witczak: – Właściciel, który zakładał klub bał się, że będą burdy między kibicami, dlatego zrezygnował z nazwy ŁKS. ŁKH z założenia miał być klubem rodzinnym

Krysiński: – Było trochę inaczej. Gdy zlikwidowano sekcję w ŁKS-ie, zostaliśmy przygarnięci przez Łódzki Ośrodek Sportu. Ja z Walerym Kosylem prowadziłem zajęcia dla tych zawodników, którzy jeszcze zostali. Trwało to około dwóch lat, aż w końcu Łódzki Ośrodek Sportu stwierdził, że nie może prowadzić klubu sportowego. Założyliśmy więc Łódzki Klub Hokejowy. Bazowaliśmy na tej resztce zawodników ŁKS-u, którzy zostali z nami. Działacze, m.in. prezes Andrysiak, też byli z ŁKS-u. To oni byli organizatorami klubu. Złożyliśmy wniosek o rejestrację, podpisany przez zawodników i działaczy ŁKS-u. Nie było tematu powrotu do nazwy ŁKS, który odciął się wtedy od hokeja. Nie było funduszy. Sprzyjającym warunkiem dla likwidacji hokeja była awaria lodowiska w Pałacu Sportu. Pękły dwie rury, bandy zostały wyrzucone. Ktoś miał w tym interes. Ostatni zawodnicy, którzy mieli chęć trenować, przeszli do Boruty Zgierz. Dzięki nim Boruta walczyła o awans do ekstraklasy.

Pałac Sportu był szczególnym miejscem dla łódzkiego hokeja…

Witczak: – Tam klimat był taki, że zupełnie inaczej się grało. Nawet kij uderzał lepiej. ,Czułem się jakbym był w swoim pokoju i jeździł na łyżwach. W tamtych czasach to była jedna z najlepszych hal w Polsce. Zarabiała na siebie. Przyjeżdżało Lady Pank, Maanam. Odbywały się mistrzostwa Europy w koszykówce. Tam tańczyłem w musicalu Metro.

Jaki był najbardziej pamiętny w karierze Artura Witczaka?

Witczak: – Jeszcze wszystko przede mną. Jak będę kończył karierę, albo grał o awans z ŁKH do pierwszej ligi.

Najciekawszy człowiek jakiego pan spotkał na tafli?

Witczak: Wszyscy trenerzy, których miałem przyjemność spotkać, byli wspaniałymi ludźmi. Bardzo surowi, ale o to chodzi. Począwszy od Eugeniusza Kaczmarka, Zygmunta Cylke, a skończywszy na Józefie Stefaniaku, Borysie Barabanowie.

Skoro sekcja piłkarska chce nazwać stadion imieniem Władysława Króla, to kto jest legendą hokeja w Łodzi?

Andrzej Krysiński: Jakby stadion był imienia Króla, to lodowisko powinno być Kazimierza Chodakowskiego. Zdaję sobie sprawę, że Król to była legenda, ewenement na skalę światową: hokeista, piłkarz, trener obu sekcji. Ale skoro miałby już swój stadion, to należy uhonorować Chodakowskiego. Myślałem jeszcze o czterokrotnym olimpijczyku Jerzym Potzu, ale on ma już swoją ulicę w Łodzi.

Pamiętacie pierwszy w życiu mecz?

Witczak: – To jest takie wydarzenie, że będę to pamiętał do końca życia. Wzorowałem się na seniorach ŁKS-u. Ich szatnia to było miejsce święte. Nie daj Boże zachowywać się pod nią za głośno. Wtedy, któryś z zawodników wychodził i zapraszał na “ścieżkę zdrowia”.

Krysiński: – Mój pierwszy mecz był 50 lat temu, w latach 60. Jestem w stanie wymienić cały skład, ale z kim graliśmy już nie pamiętam…

Rajnert: – Zacząłem chodzić na hokeja w ostatnim sezonie ŁKS-u w ekstraklasie. Później miałem długą przerwę i w 2013 roku wróciłem oglądać Arkadiusza w ŁKH. On zdejmuje bramkarzom “pajęczyny” między poprzeczką a ramieniem. Tylko Arek wie jak to się robi! Strzał z niebieskiej linii, szyderczy uśmiech. Niejednokrotnie doprowadził bramkarza do łez.

W latach 80., i 90. ubiegłego wieku hokej był w Łodzi jedną z najpopularniejszych dyscyplin.

Rajnert: – Dla mnie pierwsza była piłka, drugi był hokej, trzecia koszykówka

Krysiński: – Trudno to określić. Piłka nożna latem, koszykówka i hokej zimą. Trybuny w hali sportowej były wtedy pełne! Jak przyjeżdżało Podhale Nowy Targ albo Zagłębie Sosnowiec, to trzeba było w tygodniu iść na Piotrkowską 76 do biura ŁKS-u po bilet. Inaczej nie było szans wejścia.

Kibice dopingowali tak jak teraz?

Witczak: – Kiedyś nie było takich związków kibiców jak teraz. Grupa tworzyła się w trakcie meczu. Jak jedna osoba poprowadziła doping, to cały stadion śpiewał razem z nią.

Krysiński: – Był taki hokeista Baildonu Katowice Gerard “Leon” Langner. Pseudonim nadali mu kibice ŁKS. Przyjęło się nie tylko w Łodzi, żeby z jednej strony hali na drugą śpiewać Leon, przeciągając literę “o”. Wyprowadzało go to z równowagi. Piotr Zdunek nie był kochany na polskich lodowiskach, ale jak to on, gdy strzelił bramkę, wskakiwał na bandę i odpowiadał kibicom w taki sam sposób. To był inne czasy, nie było przyśpiewek, opraw.

Awantury na lodowisku były?

Witczak: – Kiedyś kij to było narzędzie, którym trzeba było wykluczyć swojego przeciwnika. Bicie, hakowanie, kłucie. Teraz podniesiony powyżej kolan to jest faul.

Młodsi, nie znają pana Krysińskiego, kojarzą syna, który był piłkarzem ŁKS-u. Jak zaczęła się pana przygoda z hokejem?

Krysiński: – Pracowałem na odkrytym lodowisku na Retkini, jeszcze z drewnianymi bandami. W związku z tym mój syn Marcin miał trochę ułatwioną drogę do rozwoju. Jako dzieciak perfekcyjnie jeździł na łyżwach, szkoda było to zmarnować. Obaj trafiliśmy do sekcji hokeja ŁKS-u. Marcin grał, ja zaangażowałem się w działanie. Po jakimś czasie zostałem kierownikiem drużyny. Sławomir Odorowicz, Janusz Ignaczak, Walery Kosyl byli trenerami. Asystowałem nawet w ich zajęciach. W związku z moim zaangażowaniem trener-koordynator Ryszard Filipiak zaproponował mi uczestnictwo w kursie instruktorskim. I tak stałem się szkoleniowcem. Później tak się zdarzyło, że zostałem odznaczony Srebrną Odznaką za Zasługi dla ŁKS-u. Dopóki sekcja hokejowa nie została rozwiązana, uczestniczyłem w jej życiu. Po dwóch latach od upadku, zostałem jednym z założycieli ŁKH. Prowadziłem zajęcia z młodzieżą. Sympatia i pasja została. Co nie znaczy, że tylko hokej mnie interesuje. Przecież mój syn Marcin został piłkarzem ŁKS-u, grał w ekstraklasie.

Witczak: To tylko dowód, że każdy hokeista będzie dobrym piłkarzem.

Krysiński: – Z hokeisty można zrobić piłkarza, odwrotnie nie da rady. Piłkarz biega za piłką. Hokeista musi się nauczyć jeździć, prowadzić krążek, trzymać kij, myśleć i widzieć wszystko dookoła.

Wspominając hokej, w rozmowie nie można pominąć najsłynniejszego meczu w Polsce: wygranej 6:4 z ZSRR. Wystąpili w nim ełkaesiacy:  Jerzy Potz, Józef Stefaniak, Stanisław Szewczyk, Zdzisław Włodarczyk oraz Ryszard Nowiński.

W 1976 roku Polska awansowała do grupy A, a turniej rozegrany został w katowickim Spodku. Krysiński: – Trener drużyny radzieckiej chyba trochę nas zlekceważył. Zamiast najlepszego bramkarza na świecie Trietjaka, w zagrał rezerwowy Sipielnikow . Ambicja, wola walki, gra u siebie i szczęście… Prowadziliśmy 3:0, strzelili na 3:1. Zaczynali gonić wynik, my odpowiadaliśmy. Na koniec bramkę strzelił Jobczyk. Wygrana stała się faktem. Mistrzostwa Świata zaczęły się dla nas fantastycznie. Ograliśmy mistrzów świata. Później było gorzej. Ostatni mecz graliśmy z Niemcami. Bramkę strzelił Leszek Kokoszka, który był później gwiazdą ŁKS-u. 13 sekund przed końcem Niemcy wyrównali i spadliśmy do grupy B.

Który z sukcesów hokejowej sekcji ŁKS-u był najcenniejszy?

Krysiński: – Bardzo podobała mi się praca z młodzieżą trenera Andrzeja Kuli. Zaczynał z najmłodszymi w szkole na Retkini. Najpierw przegrywali, mimo to się nie poddawał. W ostatniej fazie, młodzika, zdominowali rozgrywki! Turniej finałowy odbył się w Łodzi. Pierwszy mecz graliśmy z GKS-em Tychy, faworytem. Ich gwiazdą był Michał Garbocz, który strzelił nam cztery bramki. W tej drużynie grał też wtedy Krzysztof Oliwa [jedyny polak, który zdobył Puchar Stanleya – red.]. GKS Tychy zdobył mistrzostwo. My graliśmy z Cracovią o srebrny medal. Był to mecz pełen dramaturgii, który ostatecznie wygraliśmy!

Jeżeli chodzi o mecze ligowe to najbardziej elektryzowały zawsze te z Podhalem i Zagłębiem Sosnowiec. Był taki z Zagłębiem, w którym Andrzej Rybski znokautował Andrzeja Zabawę! Zabawa cały czas za nim jeździł, “haczył” go kijem, w końcu nerwy mu puściły. Rybski dostał karę meczu, a Zabawa musiał być cucony przez kolegów. Pełna hala kibiców! Emocje buzowały. Skończyło się 5:4 dla ŁKS-u!

Pamiętam mecze sprzed 50 lat i te ostatnie. Wcale nie musieliśmy spaść do drugiej ligi… Zagłębie wycofało się z rozgrywek! Gdybyśmy wiedzieli o tym wcześniej, to byśmy nie spadli! Gdy było już wiadomo, że Zagłębie się wycofa w PZHL, wymyślono że będziemy grać mecz barażowy z Unią Oświęcim. Unia była wtedy w treningu, nasi chłopcy byli rozproszeni. Na szybko sklejaliśmy drużynę. Ściągnęliśmy Jana Stopczyka z Belgii, żeby mieć jakiekolwiek wzmocnienie. Nic to nie dało, jak mieliśmy grać bez wcześniejszych treningów? Mimo zwycięstwa 1:0 w Łodzi, przegraliśmy w Oświęcimiu. Tak skończyła się sekcja. Chociaż… Ostatnie lata ŁKS-u to było takie balansowanie. Agonia się zbliżała. Pomogła jej tak jak wspominałem awaria lodowiska, błyskawiczne rozebranie band i spadek do drugiej ligi. Nie było gdzie grać. Część najzdolniejszych zawodników takich jak Andrzej Rybski, Sławomir Siódemski dojeżdżało do Zgierza, gdzie z Borutą zdobyli miejsce gwarantujące baraż do ekstraklasy. Dla Boruty to był historyczny moment! Niestety nie udało się awansować. Później w Borucie też upadła sekcja. Tak umarł hokej w województwie łódzkim.

Gdyby Andrzej Krysiński miał wymienić piątkę swoich ulubionych hokeistów, to czy Arkadiusz Witczak by się w niej znalazł?

Krysiński: – To nawet nie jest najlepszy Witczak jaki grał w ŁKS-ie. Grał jeszcze Zbigniew Witczak. Gdybym miał wymieniać nie wiem czy znalazłby się w trzeciej piątce. Nie oszukujmy się… Byli Stopczyk, Kokoszka. Słynny atak Białynicki, Lejczyk, Stolecki.

Witczak: – Kiedyś hokej to była inna dyscyplina. Teraz liczy się siła, szybkość umiejętności. Trener Stefaniak mówił mi zawsze : “O! Zobaczyłbyś jak ja grałem!”. Obejrzałem ten legendarny mecz z ZSRR i jak spotkałem trenera to się śmiałem : “Gdzie by się trener nadawał! W tych czasach, by trener oddechu nie zdążył złapać!”.

Krysiński: – Wracając do tego ataku… To jak oni wychodzili to robili na lodzie cuda! Krzysztof Białynicki, świętej pamięci… Bardzo długo przychodził na zajęcia i pokazywał młodym zawodnikom takie sztuczki, że mogli tylko zbierać szczęki z podłogi! Był już wiekowy, a ciągle potrafił zaskoczyć.

A mecze międzypaństwowe rozgrywane w Łodzi?

Krysiński:– Byłem na ostatnim. Polska – Kanada, przegraliśmy 3:2 w Pałacu Sportu.

Jakie są najcenniejsze pamiątki związane ze sportem jakie macie panowie?

Krysiński: – Miałem kolekcje znaczków hokejowych i bokserskich. Za cenę taką, że… lepiej jakbym to w domu zostawił. Najcenniejszy był znaczek reprezentacji USA w pięściarstwie. Złota rękawica i herb USA. Obok herb reprezentacji ZSRR to były wtedy słynne mecze. Teraz zostało mi parę znaczków klubów piłkarskich, w których grał syn. Zapomniałbym o najważniejszym! Jak przejmowaliśmy sekcję, w pokoju klubowym była Księga Pamiątkowa ŁKS hokej na lodzie. Tam było kilka stron wycinków z gazet. Wziąłem ją i uzupełniam. Teraz mam trzy grube tomy wycinków, najpierw hokejowych, potem jak Marcin zaczął grać w piłkę, to również piłkarskich. Jest co oglądać, niektóre strony są już pożółkłe. Mam bardzo dużą bibliotekę książek sportowych. W kolekcji posiadam nawet trzy oprawione Roczniki Bokserskie 76/78. A najcenniejsze są dla mnie wspomnienia.

Witczak: – Ja mam dużo miej nagród od pana Andrzeja… Kilka medali, trofeów MVP, czy Króla Strzelców i wspomnienia.

Rajnert: Trochę tych pamiątek jest, ale na pewno koszulka z mistrzowskiego sezonu 1997/1998 ŁKS-u. Kij do hokeja podarowany mi przez pana Andrzeja Smolenia [przed laty producent kijów, jednych z najlepszych na świecie – red.]. Najważniejszy, jako że jestem ojcem chłopca grającego w hokeja, jest medal za zdobycie pierwszego miejsca w turnieju Czerkawski Cup na Stadionie Narodowym.

Ile dla was znaczył hokej w ŁKS-ie?

Krysiński: – Był taki system rozgrywek, że graliśmy dwa mecze w tygodniu sobota – niedziela, albo wtorek – środa. Przyjezdni rozgrywali mecz i rewanż. Nie mogłem się doczekać tego dwudniowego maratonu. Różne były wyniki, różny poziom rozgrywek, ale hokej to dyscyplina widowiskowa, szedłem godzinę wcześniej, patrzyłem jak zawodnicy idą z torbami, rozgrzewają się na tafli, cała ta otoczka, to było dla mnie coś wielkiego. Sama procedura wejścia na halę, przebrania się w sprzęt to jest coś niepowtarzalnego.

Rajnert: – Moim marzeniem jest, żeby syn któregoś dnia wyszedł na taflę w koszulce z trzema magicznymi literami złączonymi przeplatanką. Wtedy mogę umierać spełniony. Na pewno dużo by to zmieniło w postrzeganiu hokeja w Łodzi. Absolutnie nie deprecjonuję ŁKH, ale przy ŁKS-ie to, to jest klubik. ŁKS to sens życia! Pokażcie mi klub, który ma taką bogatą tradycję, tyle utytułowanych sekcji, tylu zawodników, którzy zapisali się na kartach historii!

Wierzycie że hokej wróci do ŁKS-u?

Krysiński: – Chciałbym, ale przerażają mnie procedury. Zrobienie z ŁKH ŁKS-u, to masa roboty…

Na koniec anegdota od innego wielkiego kibica ŁKS i pasjonata hokeja – Pawła Lewandowskiego. – Walenty Zientara, jedna z największych gwiazd lat 70., stwierdził: “Gdyby skompletować drużynę z wychowanków ŁKS-u, Boruty Zgierz i Włókniarza Zgierz, to nie byłoby mocnych w Polsce na taką drużynę”. Tyle znaczył kiedyś hokej dla łódzkiego sportu!

Fotografie: Archiwa prywatne Juliana Rajnerta i Andrzeja Krysińskiego

Inne sportyPublicystyka

hokej ma lodzieŁKHŁKS

Dodaj komentarz