

Nie był to piękny mecz w wykonaniu Widzewa, ale zwycięski. To pierwsze spotkanie, na którym trener Igor Jovićević postawił swój stempel. A jego zespół pokazał charakter.
Bo ostatnio były wątpliwości, czy go ma. Choćby po meczu w Gdańsku, gdzie widzewiacy dali sobie odebrać punkty jak dzieci. Wyglądało to, jakby ktoś starszy i większy odebrał im zabawkę. Albo ostatnio, gdy do Serca Łodzi przyjechała Korona Kielce i pod każdym względem górowała nad gospodarzami i nie tylko zabrała im zabawki, ale jeszcze pobiła. Przykry to był widok. Tym bardziej że te i wcześniejsze niepowodzenia spowodowały, że Widzew już nie na krok, a na kroczek zbliżył się do strefy spadkowej. Gdyby w piątek przegrał w Gliwicach, to już w sobotę mógłby być w gronie trzech najgorszych zespołów ligi.
– Dziś widzieliśmy charakter, o którym tyle słyszałem, przychodząc do klubu. Czujemy radość i mamy duży szacunek do tej wygranej. Dziś byliśmy skuteczni zarówno pod bramką rywala, jak i w naszym polu karnym. Rośniemy jako zespół – stwierdził trener Igor Jovićević, który chyba po raz pierwszy od przyjścia do Widzewa odcisnął swój wyraźny ślad na zespole, na tym, jak zagrał. O ile wygrana z Radomiakiem na inaugurację jego pracy było zwycięstwem, na którym w zdecydowanie większym stopniu zapracowali jeszcze Patryk Czubak i jego sztab, o tyle ta wygrana to już “dzieło” Chorwata. Swoje zwycięstwo z Piastem na wyjeździe miał Żeljko Sopić, swoje ma jego rodak.
Ale żeby nie było… W meczu z Piastem nie zobaczyliśmy drużyny za miliony euro, która gra to, co chce grać, dominuje nad rywalem, zachwyca akcjami drużynowymi i popisami poszczególnych graczy. 68 do 32 – to posiadanie piłki w tym meczu i te 68 procent to wynik rywali. To oni prowadzili grę, oni zaczęli od lepszych szans. Przez dużą część gry, to Piast był lepszy.
Ale Widzew wygrał. Bo zagrał mądrze i ofiarnie. I duża w tym zasługa jego trenera, który… przechytrzył Daniela Myśliwca. Były trener łódzkiego zespołu, a od niedawna Piasta, dobrze wiedział, jak gra Widzew zarówno w fazie ataku, jak i obrony. Z pewnością mógłby na ten temat napisać nie pracę magisterską, ale całą książkę. Chorwat go jednak zaskoczył, bo nie tylko dokonał pięciu zmian w składzie po ostatnim meczu, ale całkowicie zmienił ustawienie zespołu na 1-4-4-2. Z dwójką napastników od początku Widzew nie grał dawno. – Czasem muszę podejmować trudne decyzje, gdy widzę, że cos nie działa. Dlatego postawiłem na dwóch napastników, wiedząc, że to może zadziałać. Zrealizowaliśmy nasz plan na ten mecz i bardzo mnie to cieszy – mówił po meczu Jovićević.
Obaj napastnicy strzelili po golu, więc nie potrzeba lepszego dowodu, że mówi prawdę. Co prawda Sebastian Bergier trafił z karnego, ale poza tym zaliczył bardzo dobry występ. Był bardzo aktywny – przebiegł największy dystans spośród wszystkich zawodników. Ale nie było to “głupie” bieganie. Bergier grał mądrze, odciągał obrońców od Andiego Zeqiriego, który w końcu pokazał, że coś potrafi. Bergier ewidentnie szukał też kolegi z ataku, zagrywał do niego. Wyglądało, jakby chciał mu pomóc, by ten nareszcie zaliczył dobry występ, by się przełamał. I tak się stało.
Bergier i Zeqiri z pewnością się wyróżnili, wyróżnił się też Juljan Shehu, ostatnio przygaszony, wolny, momentami bezradny. W Gliwicach znów był na fali wznoszącej. Podanie do Angela Baeny, którego za chwilę sfaulował bramkarz i sędzia podyktował karnego, to było jak genialne pociągnięcie artysty malarza na płótnie.
Nie zawiódł Maciej Kikolski w bramce, który ku zaskoczeniu wielu wrócił do składu. Veljko Ilić “nic” ostatnio nie bronił, do tego Serb nie może grać w pucharowym meczu z Pogonią Szczecin z powodu kartek. Zmiana na Kikolskiego też była więc decyzją bardzo dobrą. Znów dobra robota Jovićevicia i sztabu łódzkiej drużyny.
Obrona zagrała na zero, więc i za to pochwały. Zresztą defensywa to nie tylko czwórka graczy w linii, ale i pozostali piłkarze. Nawet Bartłomiej Pawłowski naharował się z tyłu. Tym razem nie pomógł wiele z przodu, nie wygrał meczu, jak już wiele razy w widzewskiej karierze, ale i tak się zasłużył. Jego przykład też pokazuje, że w piątek oglądaliśmy drużynę. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Na ławce został m.in. Fran Alvarez i ta decyzja trenera Widzewa też się jak najbardziej broni. Hiszpan od jakiegoś czasu jest w słabszej formie (chociaż poniżej poziomu jednak nie schodzi). Zespół wiele mu zawdzięcza, ale przyszedł – co zrozumiałe – kryzys, gorszy okres. Taki mecz na ławce może się “Frankowi” przyda. Może należało go na chwilę rozdzielić z “Julkiem”.
Oczywiście wygrana z Piastem, chociaż niezwykle ważna pod wieloma względami (punkty, przełamanie, przełamanie na wyjeździe, mental) nie jest jaskółką. To jeden krok. Nie mamy absolutnie pewności, że widzewiacy powtórzą to już we wtorek w Szczecinie, a potem w sobotę w Lubinie. Za wiele przeżyliśmy zawodów, po dobrych występach przychodziły bolesne wpadki. Poza tym, przeciwko Pogoni, to co zobaczyliśmy w piątek w Gliwicach, może nie wystarczyć. Widzew musi nie tylko zagrać tak jak z Piastem, ale musi zagrać lepiej. O wiele lepiej. Czekamy na kolejne pociągnięcia na widzewskim obrazie Jovićevicia, Shehu, Bergiera i reszty.