Derby Łodzi. Łukasz Broź: Rozmowy motywacyjne nie były potrzebne

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Derby Łodzi. Łukasz Broź: Rozmowy motywacyjne nie były potrzebne - Zdjęcie główne

Udostępnij na:
Facebook
Piłka nożnaMecze z ŁKS-em były dla mnie po prostu czysto sportową rywalizacją. Nie miałem żadnych uprzedzeń ani do klubu rywala, ani do któregoś z piłkarzy. W ŁKS-ie napięcie było zawsze trochę większe - wspomina były piłkarz Widzewa Łukasz Broź. Jak wspomina pan derby Łodzi? Czy rzeczywiście były to mecze szczególne? - Mówiąc kolokwialnie: „napinka” zawsze była.

Mecze z ŁKS-em były dla mnie po prostu czysto sportową rywalizacją. Nie miałem żadnych uprzedzeń ani do klubu rywala, ani do któregoś z piłkarzy. W ŁKS-ie napięcie było zawsze trochę większe - wspomina były piłkarz Widzewa Łukasz Broź.

Jak wspomina pan derby Łodzi? Czy rzeczywiście były to mecze szczególne?

- Mówiąc kolokwialnie: „napinka” zawsze była. To jednak zupełnie inne mecze, niż te zwykłe ligowe. Od razu po ostatnim meczu myślało się i rozmawiało już tylko o derbach Łodzi. W ogóle wszędzie było czuć, że się zbliżają. Gazety sportowe pisały tylko o tym, kibice zaczepiali i mówili, jak bardzo im zależy, byśmy w tym spotkaniu koniecznie wygrali. Adrenalina zawsze była większa także już wtedy, gdy wychodziliśmy na boisko. Nie trzeba było nas dodatkowo motywować. No i stadiony były zazwyczaj pełne, a doping wyjątkowo głośny. Czuło się na długo przed derbami i w ich trakcie, że to mecz szczególny. Inna temperatura.

Pamięta pan swoje derby?

- W kilku brałem udział. Były remisy i wygrane. Była też nasza porażka na ŁKS-ie 0:2 [Broź był wtedy w Widzewie, ale w derbach nie zagrał - przyp. ŁS]. Oczywiście najlepiej pamiętam zwycięstwo na stadionie rywala 4:1 i moją bramkę, jedyną w derbach. Takie rzeczy zapamięta się na zawsze. Super uczucie.

https://www.youtube.com/watch?v=zDVftZ71lrs

Jak świętowaliście zwycięstwa w derbach?

- Już nie pamiętam (śmiech). Pamięć mam dobrą, ale krótką. Na pewno po takich meczach spotykaliśmy się u kogoś w domu w kilkanaście osób i było świętowanie.

Jeszcze starsi widzewiacy, z lat 80., opowiadają często, że z ełkaesiakami poza boiskiem się wręcz przyjaźnili. Jak było z waszym pokoleniem? Może u was to była wrogość?

- Mogę mówić za siebie - mecze z ŁKS-em były dla mnie po prostu czysto sportową rywalizacją. Nie miałem żadnych uprzedzeń ani do klubu rywala, ani do któregoś z piłkarzy. Po prostu graliśmy z nimi w piłkę i chcieliśmy zrobić wszystko by wygrać. Dla siebie i dla kibiców, bo wiedzieliśmy, jak bardzo im na tym zwycięstwie zależy. Z tego co pamiętam, to w ŁKS-ie napięcie było zawsze trochę większe. Była jakby trochę zawiść, może lekka wrogość do Widzewa. Dało się to odczuć na mieście, gdy spotykało się któregoś z piłkarzy rywala. Z mojej strony nie było wrogości, ale przyjaźni też nie było. Ja chciałem po prostu wygrać. A potem kumplowałem się z byłymi piłkarzami ŁKS-u w innych klubach, w których grałem później.

W Widzewie pracował pan z wieloma trenerami. Niektórzy prowadzili was w derbach. Motywowali was jakoś szczególnie akurat na ten mecz?

- Michał Probierz na pewno (śmiech). On motywował. Ale prawda jest taka, że nie trzeba było wiele mówić - omówienie taktyki, skład i jazda. Każdy wiedział, jaki to mecz i wielkie przemowy nie były potrzebne.

Łukasz Broź

Kto jest faworytem niedzielnego meczu?

- Życie i boisko pokazały, że tabela w dniu derbów nie ma znaczenia, bo wszystko się może zdarzyć. Oczywiście Widzew jest w lepszej sytuacji, na pewno mentalnie jest na lepszej pozycji, bo idzie mu bardzo dobrze, drużyna jest w formie i lideruje pierwszej lidze. Ale ŁKS też dopiero co wygrał bardzo ważny mecz z Arką Gdynia, więc nie jest tak, że na Widzew przyjeżdża słabeusz. Stawiałbym na gospodarzy, ale muszą być czujni. Oczywiście trzymam kciuki za Widzew. By wygrał, powiększał przewagę w tabeli i wywalczył awans.

Ogląda pan mecze Widzewa?

- Ostatnio nie miałem czasu. Bywało tak, że moje mecze nakładały się ze spotkaniami Widzewa. Ale wyniki śledzą i derby Łodzi też chcę obejrzeć.

No właśnie, wciąż pan gra.

- Historia zatoczyła koło i wróciłem do klubu, z którego wyruszyłem w Polskę. Jestem w Mamrach Giżycko, czyli w domu. I bardzo przyjemnie jest być u siebie. Idzie nam w kratkę w trzeciej lidze - na wyjazdach zdobywamy punkty, u siebie nie idzie nam najlepiej.

To dla pana już tylko zabawa?

- Na pewno nie. Trudno mówić, że to całkowicie profesjonalny sport, bo większość chłopaków normalnie pracuje. Ale na pewno nie jest tak, że tylko się bawimy. Chcemy wygrywać i grać dobrze. Na mnie też patrzy się inaczej.

Jest pan przecież czterokrotnym mistrzem Polski.

- No właśnie. Wciąż trzeba się pokazywać z jak najlepszej strony. Nie wypada grać słabo, więc bardzo się staram.

Mówił pan o pracy - pan szykuje się do pracy trenera.

- Zrobiłem właśnie licencję UEFA B i szykuję się do A. Chcę być trenerem, ale czy nim będą, to życie pokaże. Na pewno ciągnie mnie w tę stronę. Obserwowałem przy pracy wielu trenerów, wiele rzeczy robiłbym inaczej niż oni. Mam swoje pomysły i przemyślenia. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie zaczynam, prowadzę indywidualne i grupowe treningi dla dzieciaków, uczę się.

Może kiedyś poprowadzi pan Widzew w derbach…

- Jestem sobie to w stanie wyobrazić, ale póki co myślę o teraźniejszości. Zobaczymy, co czas przyniesie.

Łukasz Broź przez siedem lat (2006-2013) był piłkarzem Widzewa, m.in. jego kapitanem. Spadał z nim z ekstraklasy i do niej wracał. Z łódzkiego klubu odszedł do Legii Warszawa, z którą sięgnął po cztery mistrzostwa i trzy Puchary Polski.

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
logo