Widzew wyszarpał awans, ale... przegrał z Covidem
Frustracja, która towarzyszyła całemu widzewskiemu środowisku w sezonie 2019/2020, spowodowana zaprzepaszczeniem w fatalnym stylu szansy na awans do I ligi już w rozgrywkach 2018/2019 spotęgowana została nastepnej wiosny przez epidemię koronawirusa i jej następstwa, sportowe i organizacyjne. Fatalna wiosna 2019 roku, rekordowa seria remisów pod wodzą Radosława Mroczkowskiego, a potem katastrofa w postaci braku awansu, która dopełniła się z trenerem Jackiem Paszulewiczem na ławce, sprawiły, że w kolejnych rozgrywkach Widzew wydostać się w II ligi musiał już za wszelką cenę. Dosłownie rozumiała to nowa prezes klubu (poprzedni zarząd za tę dotkliwą porażkę zapłacił oczywiście głowami) Martyna Pajączek, która nie liczyła się z kosztami i zatrudniła uznanego trenera, specjalistę od awansów Marcina Kaczmarka (zwalniając wcześniej Zbigniewa Smółkę, któremu klub musiał za rozstanie po niespełna miesiącu pracy sporo zapłacić), a do drużyny ściągnęła przede wszystkim Marcina Robaka i Mateusza Możdżenia.
W ówczesnych warunkach trudno było wyobrazić sobie lepszy przepis na sukces - doświadczony szkoleniowiec z patentem na wygrywanie plus uwielbiany przez kibiców napastnik, wyciągnięty prosto z PKO BP Ekstraklasy, a na dokładkę jeszcze pomocnik z europejskim doświadczeniem, który jak wszyscy dobrze wiedzieli, "potrafił uderzyć z dystansu". I choć maszyna Kaczmarka wzmocniona jeszcze przez chociażby Sebastiana Rudola z bogatym ekstraklasowym doświadczeniem z Pogoni Szczecin, rozpędzała się powoli (kibice na pewno pamiętają bolesną wakacyjną porażkę z Bytovią w Bytowie) to jednak zimą wyglądało na to, że wszystko idzie zgodnie z planem. Widzew był pierwszy w tabeli, a w drugiej wiosennej kolejce pokonał w Łęcznej Górnika, głównego rywala w walce o wygranie II ligi. I wtedy z całej siły uderzył Covid-19. Epidemia zebrała krwawe żniwo na całym świecie. Miało to przełożenie również na sport. Zespoły do gry wróciły dopiero w czerwcu, a w międzyczasie musiały liczyć się z obostrzeniami dotyczącymi treningów, przez pewien czas mogąc np. tylko indywidualnie ćwiczyć w domu i biegać po lesie.
Widzew sobie z tą przerwą nie poradził. Po wznowieniu rozgrywek drużyna była ociężała, grała jednostajnie, miała problemy z najsłabszymi rywalami w lidze. Powodów mogło być kilka. Mówiło się chociażby, że gdy będący na świeczniku, obserwowany na każdym kroku Widzew nie mógł trenować drużynowo, inne kluby miały z tym mniejszy problem. Poza tym łodzianie przygotowywali zimą szczyt formy na wiosnę, a tę... spędzili w domu. Niezależnie od tego, kto lepiej, a kto gorzej i dlaczego poradził sobie w tamtym okresie, Widzew kompletnie zatracił zdolność wygrywania i z kolejnych 12 spotkań 3 punkty zdobył tylko w trzech. Poległ m. in. u siebie ze Skrą Częstochowa i czy zdegradowaną później Legionovią. Ale do końca sezonu nie tracił nadziei na bezpośredni awans, który dawały dwa pierwsze miejsca w lidze.
Burzliwe rozstanie z Widzewem utalentowanego pomocnika
Nawet po porażce z Resovią w 33. kolejce (pamiętacie jak na bramce stanąć musiał Hubert Wołąkiewicz?) łodzianom wystarczyło pokonanie u siebie Znicza Pruszków, by zapewnić sobie kwalifikację, nie oglądając się na rywali. Tymczasem to przeciwnik był w Łodzi górą, ale czerwono-biało-czerwoni... i tak awansowali, bo swojej okazji nie wykorzystał goniący ich GKS Katowice, który tylko zremisował w domu z Resovią. Na stadionie w Łodzi wszyscy czekali na ostatni gwizdek na Bukowej i gdy awans był pewny, fani szturmem wbiegli na murawę. Nie kierowała nimi wtedy jednak tylko radość. Wśród fanów dominowała frustracja, która narastała przez długie tygodnie, a nawet miesiące. Jej ofiarami padli piłkarze, w tym chyba najboleśniej Adam Radwański, który w boiskowym zamieszaniu oberwał od kogoś "z liścia".
To był jego ostatni mecz w Widzewie. Później, w oparciu o zajścia po meczu ze Zniczem, dążył do rozwiązania kontraktu z klubem, aż ostatecznie za symboliczne pieniądze odszedł do Termaliki Bruk-Bet Nieciecza. Zakończenie tej współpracy było więc burzliwe i przykre, ale warto pamiętać, że Radwański to jeden z najbardziej utalentowanych piłkarzy, którzy po reaktywacji trafili do klubu już na samym początku jego odbudowy. Pierwszy raz piłkarzem łodzian 28-letni dziś piłkarz został w 2017 roku, jeszcze w III lidze, kiedy na jego wypożyczenie zgodziła się Wisła Płock. Rokował na tyle dobrze, że po roku i braku awansu Widzewa, macierzysty klub postanowił ogrywać go dużo wyżej, w pierwszoligowym wówczas Rakowie Częstochowa. Pod Jasną Górą nie wiązano jednak z nim wielkich nadziei na przyszłość, a w Wiśle również nie byłby pierwszym wyborem, więc znów zainteresował się nim drugoligowy już wówczas Widzew, który dogadał się z płocczanami na transfer definitywny.
Radwański rozegrał dla Widzewa łącznie 75 meczów. Strzelił w nich 10 goli, zanotował też 4 asysty. To jeden z niewielu piłkarzy w historii reaktywowanego Widzewa, którzy przebili się z niższych lig aż do PKO BP Ekstraklasy. Na najwyższym szczeblu rozgrywkowym rozegrał dotąd 80 meczów (7 bramek, 11 asyst). Ale prawdopodbnie ten wynik jeszcze poprawi. Ostatnie dwa lata reprezentował barwy Zagłębie Lubin, a teraz wraca do swojego rodzinnego Płocka, gdzie nadal będzie miał szansę grać w piłkarskiej elicie. Według Tomasza Włodarczyka z serwisu meczyki.pl w piątek jego transfer ma zatwierdzić miasto, czyli właściciel Wisły. Radwański znów będzie więc miał okazję wrócić do Serca Łodzi i przypomnieć się fanom czerwono-biało-czerwonych. Jak ci zareagują na jego obecność przy Piłsudskiego 138?
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.