Niezapomniane mecze Widzewa z Rakowem [FELIETON]

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Niezapomniane mecze Widzewa z Rakowem [FELIETON] - Zdjęcie główne

Udostępnij na:
Facebook
Piłka nożnaNie przypuszczałem, że doczekam czasów, w których Raków Częstochowa będzie faworytem meczu z Widzewem. Przez lata wynik tej rywalizacji był formalnością, a spotkania zostawały w pamięci, choć nie do końca z powodów sportowych. Zapamiętałem dobrze cztery z ośmiu ligowych meczów Widzewa z Rakowem. Pierwszy został rozegrany 27 maja 1995 roku i zakończył się przegraną łódzkiej drużyny.

Nie przypuszczałem, że doczekam czasów, w których Raków Częstochowa będzie faworytem meczu z Widzewem. Przez lata wynik tej rywalizacji był formalnością, a spotkania zostawały w pamięci, choć nie do końca z powodów sportowych.

Zapamiętałem dobrze cztery z ośmiu ligowych meczów Widzewa z Rakowem. Pierwszy został rozegrany 27 maja 1995 roku i zakończył się przegraną łódzkiej drużyny. Przegraną kosztowną, gdyż widzewiacy wciąż jeszcze mieli szansę na dogonienie Legii w walce o mistrzostwo Polski. W Częstochowie zatrzymał ich Andrzej Kretek, bramkarz, którego serce było i jest widzewskie. Bronił wówczas jak natchniony, a jego drużyna wygrała 1:0 po golu z rzutu karnego. Po zakończeniu gry Kretek przyszedł przywitać się z łódzkimi dziennikarzami i - pamiętam do dziś - miał niepewną minę. Jeden z moich kolegów przyszedł po kilku minutach i na powitanie klepnął go w plecy, dokładnie w "jedynkę" na mokrej koszulce. A że był sfrustrowany, zrobił to dużo za mocno. Bramkarz Rakowa poczuł to boleśnie, odwrócił się i... zreflektował się w ostatniej chwili. My, czyli świadkowie, byliśmy chyba bardziej przerażeni od Kretka.

"Bohatera" uratowało przed rewanżem to, że obaj panowie byli kibicami Widzewa i dobrze się znali.

W kolejny sezonie - mistrzowskim - drużyna prowadzona przez Franciszka Smudę wygrała w Częstochowie 1:0, strzelając gola w końcówce. Ten mecz zapamiętałem z powodu bandytów, którzy z kładki nad "gierkówką" rzucali kamieniami w auta z łódzką rejestracją. Poszkodowana została rodzina, która miała pecha, bo przejeżdżała przez Częstochowę w niewłaściwym dla niej czasie.

Rewanż najbardziej utkwił mi w pamięci. Tydzień wcześniej w derbach Łodzi padł remis 1:1. Piłkarze Widzewa, walczącego o tytuł, skarżyli się, że od dawna nie dostali wypłaty. Napisałem o tym w gazecie i... W dniu publikacji zadzwonił do mnie jeden z zawodników z informacją, że na stadionie jest konferencja prasowa, ale przy bramie stoi pracownik klubu, którego zadaniem jest niewpuszczenie mnie na spotkanie z prezesem Andrzejem Pawelcem.

Potwierdziłem, że to była prawda, a powodem - jakbyśmy to dziś nazwali - bana, był artykuł o zaległościach finansowych. Napisałem więc kolejny, już do krajowego wydania, że przy Piłsudskiego 138 gazeta jest "non grata". W niedzielę w południe Widzew pokonał Raków 4:1, a moi koledzy dziennikarze z innych redakcji na znak protestu i wsparcia mnie chcieli zbojkotować tradycyjną konferencję. Odwiodłem ich od tego, bo sam byłem ciekaw, co się stanie. I stało się...

Pierwszym człowiekiem, którego spotkałem w budynku klubowym był Andrzej Pawelec. Na mój widok zmieszał się, następnie wyciągnął rękę i powiedział "przepraszam".

Co nie zmieniło faktu, że piłkarze zaległych pieniędzy nie dostali jeszcze długo, nawet przed słynnym meczem z Legią w Warszawie (2:1).

Kolejne spotkanie w Łodzi też pamiętam doskonale, bo rzadko się zdarza, żeby piłkarz strzelił pięć goli. Jacek Dembiński, bo to o niego chodzi, potrzebował do tego 27 minut. Widzew miał już zapewniony tytuł mistrza Polski, kibice szykowali się do fety, a jego najlepszy napastnik odpalał fajerwerki. Obrońcy Rakowa niezbyt mu przeszkadzali, jakby też chcieli, by w klasyfikacji strzelców dogonił Mirosława Trzeciaka. Nie udało się - reprezentant Polski z ŁKS-u skończył sezon z jednym trafieniem więcej. I dobrze, bo wyścig miał niewiele wspólnego ze sportową rywalizacją.

Spotkań Widzewa z Rakowem było w ekstraklasie niewiele, ale kilka z nich tkwi w mojej pamięci. Oby niedzielne też zapisało się w historii, najlepiej dlatego, że ówczesny Goliat, a dziś (jeszcze) Dawid, pokonał tamtego Dawida, a obecnie Goliata.

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
logo