W Widzewie brakuje widzewskiego DNA [FELIETON]

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

W Widzewie brakuje widzewskiego DNA [FELIETON] - Zdjęcie główne

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Piłka nożnaTo się nie mogło udać – mam na myśli projekt, w którym kluczowe role w Widzewie odgrywali ludzie z Pogoni Szczecin. Z tego klubu wywodzi się dyrektor sportowy, skaut, (podobno) doradca właściciela i szef działu „działu komunikacji i PR”. Wynika z tego, że w Widzewie więcej jest Pogoni niż prawdziwego Widzewa. A jak wiadomo, szczeciński klub jest polskim Tottenhamem, bo w jego gablocie nie ma ani jednego trofeum!
reklama

Robert Dobrzycki ma dobre chęci, ogromne pieniądze, by te chęci zamienić na sukces, taki, jaki osiągnął w biznesie. Na razie jednak wrzucił do ogniska ponad 100 mln zł, a w polskim środowisku piłkarskim żartują, że może to być najkosztowniejszy spadek w historii polskiej ekstraklasy. Kolejny razy przekonujemy się, że „pieniądze w sporcie to nie wszystko”.

Właściciela Widzewa zwyczajnie mi żal, podobnie jak kibiców, którzy mieli ogromne nadzieje, które na razie zmieniły się w jeszcze większą frustrację. Przede wszystkim dlatego, że pieniądze w piłce nożnej trzeba umieć wydawać. Wyniki pokazują, że Robert Dobrzycki postawił na złych ludzi. Złych, czyli niekompetentnych, bo najemnych, nie znających specyfiki Widzewa.

reklama

Pieniądze to nie wszystko

Pamiętam, że jeszcze jako młody kibic, obserwowałem odrodzenie Widzewa po spadku do II ligi. Wtedy – czyli jeszcze przed degradacją – uznano, że jeśli są w klubie duże pieniądze, to nawet bez Ludwika Sobolewskiego nie będzie problemem zbudowanie drużyny, która szybko nawiąże do czasów świetności. Efekt był odwrotny – zamiast splendorów, wstydliwy spadek. 

Szybko wrócił Ludwik Sobolewski, a drugoligowa karencja trwała jeden sezon. Po powrocie prezes – wizjoner wymyślił, że skoro przemysł w Łodzi pada, to można wykorzystać majątki najbogatszych łodzian. Główną rolę w Widzewie zaczął odgrywać Andrzej Pawelec, człowiek wcześniej niezwiązany z klubem (legenda głosi, że chciał wejść do ŁKS-u, ale od działaczy usłyszał, że producenci wina ich nie interesują). 

reklama

Widzew pełen widzewiaków

Pawelec od początku do końca otaczał się i korzystał z wiedzy prawdziwych widzewiaków. Najpierw jego głównym doradcą był Ludwik Sobolewski, później Marek Woziński, Jacek Dzieniakowski, Andrzej Wojciechowski, Tadeusz Gapiński. Dzięki nim klub miał to słynne widzewskie DNA, czyli charakter i waleczność, a także trafione transfery, w czym główną rolę odegrał Franciszek Smuda, upierając się przy sprowadzeniu Marka Citki, Rafała Siadaczki, Dariusza Gęsiora czy Radosława Michalskiego.

Po Pawelcu było coraz gorzej, aż skończyło się katastrofą. Wtedy ratownikiem został Zbigniew Boniek, wzorzec widzewskiego DNA. Ale nawet on, choć wiedzy piłkarskiej nikt mu nie może odmówić, otoczył się prawdziwymi widzewiakami. Wśród nich byli Gapiński i Józef Młynarczyk, a trenerem zrobił swojego przyjaciela Stefana Majewskiego. Obcy element, jakim był Wojciech Szymański, wpędził klub w wielkie problemy. Innych chętnych, później skompromitowanych w aferze korupcyjnej, Boniek do Widzewa nie wpuścił.

reklama

Zdał sobie jednak sprawę, że by osiągać sukcesy większe niż utrzymanie, potrzebny był kapitał. Miał go Sylwester Cacek. Ale nowy właściciel i jego ludzie skutecznie pozbywali się „widzewskiego DNA”. Nigdy nie zapomnę słów, że „mamy ludzi, którzy nie gorzej znają się na piłce od Bońka”. Pretekstem do pozbycia się prawdziwych widzewiaków była afera korupcyjna. Cacek, choć zapewne chęci miał dobre, stracił kilkadziesiąt milionów złotych, a zamiast klubu została wielka czarna dziura.

Widzewiacy odbudowali Widzew

Widzew odbudował się, bo wzięli się za to jego prawdziwi kibice. Ci, którzy mieli pieniądze, i ci, którzy wykupili wszystkie karnety. Dzięki nim drużyna wróciła tam, gdzie jej miejsce – do ekstraklasy. W niej było jak za czasów Bońka – niezbyt bogato. Ale już wtedy tego słynnego DNA,  czyli Widzewa w Widzewie, ubywało. Klub zaczął się zmieniać w korporację, która może sprawdza się w Realu Madryt, Manchesterach City i United, Barcelonie, zarabiający setki milionów euro, ale w Łodzi przynosi same rozczarowania. 

reklama

Na pewno ludzie zatrudnieni przez Roberta Dobrzyckiego mają dobre chęci, dysponują gigantycznymi możliwościami, ale nie potrafią zamienić tego w dobre wyniki. Za ich sprawą Widzewa stał się w Polsce klubem-memem. Nie mogło być inaczej, bo czterech trenerów w ciągu sezonu to rzadki przypadek, podobnie jak zatrudnienie jednego z nich z polecenia dziennikarza, bynajmniej nie łódzkiego… 

Lider na dobre i złe

I jeszcze jedno – w Widzewie brakuje lidera, takiego na co dzień. Takimi byli Ludwik Sobolewski, Andrzej Pawelec, Zbigniew Boniek – gaszący pożary i motywujący w trudnych momentach. Nie jest nim Robert Dobrzycki, choć ma ku temu predyspozycje, to jednak w Łodzi tylko bywa. Na pewno nie jest nim prezes Michał Rydz, którego pełno jest w mediach po rzadkich zwycięstwach, a po porażkach zapada się pod ziemię (jak wiadomo, porażka jest sierotą, co zauważyli nawet kibice w SM-ach). 

Nie jest nim Dariusz Adamczuk, jeden z głównych winowajców klęski, jaką jest miejsce w strefie spadkowej i porażka za porażką. To on powinien odejść jeśli nie razem z Igorem Joviceviciem, to jeszcze przed nim. 

Podobno w klubie jest zatrudnionych grubo ponad 200 osób, lecz jak powszechnie wiadomo, nie zawsze ilość przechodzi w jakość. Oby cechy lidera miał Aleksandar Vuković… Ale widzewskie DNA wciąż będzie w Widzewie na wagę złota!

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
logo