Piłkarz ŁKS: Nie wiem, czy w swoim życiu zagram jeszcze w takim meczu

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Piłkarz ŁKS: Nie wiem, czy w swoim życiu zagram jeszcze w takim meczu - Zdjęcie główne

Udostępnij na:
Facebook
Piłka nożnaW meczu z Wartą Poznań przełamał się nie tylko ŁKS. Pomocnik zdobył swoją debiutancką bramkę w biało-czerwono-białych barwach i kolejny raz pokazał, że może w niedalekiej przyszłości zostać jednym z liderów drużyny. Jak wspomina mecz z Widzewem? Czy zawsze marzył, żeby zostać piłkarzem?

W meczu z Wartą Poznań przełamał się nie tylko ŁKS. Pomocnik zdobył swoją debiutancką bramkę w biało-czerwono-białych barwach i kolejny raz pokazał, że może w niedalekiej przyszłości zostać jednym z liderów drużyny. Jak wspomina mecz z Widzewem? Czy zawsze marzył, żeby zostać piłkarzem? Co robi w wolnym czasie? Zapraszamy na wywiad z Mateuszem Wysokińskim.

Piotr Grymm: Zadomowiłeś się już na dobre w ŁKS-ie po tej pięknej bramce?

Mateusz WysokińsNie ukrywam, że zeszło ze mnie trochę to ciśnienie, bo chciałem przypieczętować jakąś liczbą. Ten gol dodał mi też dużo pewności siebie i taki bodziec, że będzie już tylko lepiej i lepiej.

Czy zawsze marzyłeś, żeby zostać piłkarzem?

Tak. Zawsze o tym marzyłem. Zaczęło się u mnie od oglądania słynnych filmików na YouTube „Cristiano Ronaldo Best Skills”. Poprosiłem tatę, żeby mnie zapisał do klubu. Skończyły się wakacje, tata mnie zapisał na treningi i później już poszło. Jak trenowałem, to wszystko podporządkowywałem pod to, żeby zostać piłkarzem. Wiadomo, że na pierwszym miejscu była radość i pasja, ale w wieku 14-15 lat postanowiłem, że dam z siebie wszystko, żeby później nie pluć sobie w brodę.

Jesteś takim zawodnikiem, który po swoich meczach i treningach siada jeszcze przed telewizorem i ogląda inne spotkania, czy tobie tej piłki wystarczy?

Kiedyś żyłem piłką cały czas. Jak tata założył Canal+, który transmitował mecze La Ligi, to oglądałem wszystko co się da. Nieważne, czy grał Eibar, Getafe czy ktoś inny. Oglądałem wszystko. Dzisiaj jest trochę przesyt tych meczów. Nie śledzę nawet za bardzo polskiej ligi. Oglądam te mecze, które muszę. Teraz siadam sobie tylko do spotkań Piotra Zielińskiego, jak gra Inter i to mi wystarcza. Uważam, że to zdrowe, jak człowiek się czasami odetnie od tego, co robi.

Jak wygląda u ciebie utrzymywanie kontaktu z przyjaciółmi po przeprowadzce do Łodzi?

Staram się trzymać kontakt ze swoimi przyjaciółmi z podstawówki, gimnazjum i liceum. Mam taką paczkę, z którą staram się spotykać raz na jakiś czas. Zazwyczaj jest to raz na pół roku, bo nie ma specjalnie ku temu okazji. Czasami oni przyjeżdżają do mnie i jest to bardzo miłe, kiedy wpadają specjalnie dla mnie obejrzeć mecz ŁKS-u. Na mecz z Wartą przyjechał jeden z moich przyjaciół, z którym grałem w dwóch drużynach i cały czas mam przed oczami, jak strzeliłem bramkę i spojrzałem w jego stronę, a on skakał i cieszył się z tego gola. Dla takich chwil warto trenować i grać.

W wolnym czasie spędzasz czas w Łodzi, czy raczej wracasz w swoje strony?

Studiuję w Łodzi, więc ten wolny czas sobie ograniczyłem do minimum, ale zależy mi na tym, żeby kontynuować edukację. Pierwszy semestr na magisterce zaliczyłem, więc mam nadzieję, że dalej też się uda (śmiech).

Przenosiny do ŁKS-u miały jakiś związek ze studiami?

Skończyłem licencjat w Kaliszu i jak przeniosłem się do ŁKS-u, to stwierdziłem, że idę za ciosem i zapisałem się wtedy na studia w Łodzi.

To studia zaoczne?

Dzienne.

Udaje ci się godzić to z trenowaniem?

Zajęcia mam w poniedziałek, wtorek i środę. Jak mam zajęcia przed treningiem, to idę przed treningiem, a jak po, to idę po. Wiadomo, że na wszystkich nie jestem w stanie być, ale postarałem się o indywidualną organizację studiów i udało mi się to ułożyć to z wykładowcami. Bardzo zależy mi na studiach, ale nie chcę też, żeby było to kosztem piłki. Jak chcę zostać po treningu i np. poćwiczyć strzały, to zostanę i trochę spóźnię się na zajęcia. Piłka jest u mnie na pierwszym miejscu, bo to tutaj spełniam swoje marzenia.

CZYTAJ TAKŻE: Było nerwowo, ale ŁKS złapał właściwy rytm

Kiedy pierwszy raz poczułeś, że twoja pasja stanie się też twoim sposobem na utrzymanie?

Trudne pytanie, ale to chyba było w Kaliszu. Może nie w pierwszym sezonie, bo to była często też pomoc ze strony rodziców. Wiadomo, że mogłem normalnie funkcjonować za te pieniądze, ale żeby się rozwijać, to trzeba w siebie inwestować. Mówię tu np. o jakiejś komorze hiperbarycznej, żeby się regenerować. W Kaliszu nie ma takich rzeczy. O wiele spraw trzeba było zadbać samemu. W swoim drugim i trzecim sezonie w KKS-ie utwierdziłem siebie i innych, że rzeczywiście mam potencjał i warto próbować. Kluczowym momentem była przeprowadzka do Kalisza. Ja tam mogłem trafić już pół roku wcześniej. To był jednak rok maturalny, a ja miałem też takie mini marzenia edukacyjne małe marzenia związane z moim wykształceniem. Miałem uczelnię w Warszawie, na którą się chciałem dostać, więc najpierw chciałem napisać maturę. Po maturze dostałem się na tę uczelnie w stolicy i przyszedł moment decyzji. Albo idę w piłkę, albo w naukę. Poszedłem za swoją pasją.

Gdy byłeś w Kaliszu, to poczułeś w pewnym momencie, że twoje umiejętności pozwalają ci spróbować już gry na wyższym poziomie?

W KKS-ie byłem trzy sezony. W drugim graliśmy bardzo fajną piłkę i doszliśmy nawet do półfinału Pucharu Polski. Po drodze ograliśmy Górnik, Widzew i Śląsk, a ja uważam, że naprawdę dobrze się tam prezentowałem. Mierzyłem się tam z zawodnikami ekstraklasowymi i czułem, że od nich nie odstaję. Po drugim sezonie myślałem, że to jest dobry moment, żeby odejść. Chciałem to zrobić i kontaktował się ze mną ówczesny dyrektor sportowy ŁKS-u, Janusz Dziedzic. Miałem jednak jeszcze rok kontraktu z KKS-em i zostałem w Kaliszu. Tam poprawiłem jeszcze niektóre elementy, ale pozostał duży niedosyt, bo w finale baraży przegraliśmy ze Stalą Stalowa Wola. Czułem jednak, że byłem tam o rok za długo, bo na końcu nie czułem już takiej presji otoczenia, nie było takiej rywalizacji. Ja sam się starałem już siebie bodźcować i zmuszać do lepszej gry. To wszystko pojawiło się znów po przyjściu do ŁKS-u, gdzie było nowe otoczenie, wyższa jakość, większe wyzwanie. Czułem znów, że muszę udowadniać swoją wartość, co mnie tylko napędzało, a tego wszystkiego brakowało mi w trzecim sezonie w Kaliszu.

Jak wspominasz ten szalony mecz z Widzewem w Pucharze Polski?

Nie wiem, czy w swoim życiu zagram jeszcze w takim meczu. Tam było wszystko. Gole w doliczonym czasie gry i to zarówno w regulaminowym czasie, jak i w dogrywce, wynik 5:5, rzuty karne. Działo się wtedy. Graliśmy bez żadnych kompleksów. Nasz ówczesny trener, Bartosz Tarachulski mówił: „Idziemy do gardeł. Jak mamy okazję założyć siatę, to zakładamy siatę, jak mamy okazję kiwnąć, to kiwamy. Żadnego respektu”. I my tak wychodziliśmy na tę ekstraklasowe zespoły. Graliśmy wysokim pressingiem, rozgrywaliśmy od tyłu i cieszyliśmy się grą. Efektem tego były widowiskowe mecze i wysokie wyniki: 5:5 z Widzewem, 3:3 z Górnikiem i 3:0 ze Śląskiem. Takie mecze, jak ten z Widzewem rzadko się jednak zdarzają.

Jakie są twoje atuty piłkarskie?

Na pewno gra do przodu. Zawsze bazowałem na grze ofensywnej przez swoje warunki, bo jestem późno dojrzewającym zawodnikiem. Przez to, że zawsze byłem szczuplejszy, to musiałem bazować na technice i szybkości myślenia. Staram się zawsze podejmować optymalne decyzje i stwarzać zagrożenie dla rywali. Zawsze trochę gorsza była u mnie gra w defensywie, ale na przestrzeni lat zrobiłem duży progres i dzisiaj nie uważam siebie za zawodnika słabego w tej kwestii.

Brak gola trochę ci ciążył?

Wiadomo, że bramki i asysty dla środkowego pomocnika to ważne rzeczy. Ciągle byłem blisko tej bramki. W meczu z Odrą Opole obrońca zablokował mnie wślizgiem, w spotkaniu z Wisłą Płock świetnie bronił bramkarz, a w starciu z Wisłą Kraków po moim strzale była ręka i rzut karny. W pewnym momencie pojawiła się delikatna frustracja, bo piłkarz chce przypieczętować dobrą pracę jakimiś liczbami, które dodałyby ci jeszcze więcej pewności siebie.

CZYTAJ TAKŻE: Od zera do bohatera. Czy Maksymilian Sitek stał się już liderem ŁKS-u?

Trafiłeś też na trudny moment w oczekiwaniu na pierwszego gola, bo jesienią był moment, że całej drużynie nie chciała ta piłka do siatki wpadać. Czuliście wtedy, że potrzebne są zmiany, chociażby na pozycji trenera, co wiemy, że ostatecznie się stało?

Wykonywaliśmy nasze obowiązki jak najlepiej. Staraliśmy się na każdym treningu wykonywać swoją pracę w stu procentach. Czułem, że byliśmy trochę zblokowani. Rozmawialiśmy o tym w szatni, ale nie było takiego myślenia, że ciąży nad nami jakieś fatum, tylko bardziej zastanawialiśmy się, co możemy zrobić, żeby w końcu ta piłka wpadła do siatki.

Czułeś w pewnym momencie, że coś się zbliża? Mówię tutaj o zmianie trenera?

W drużynie panowało raczej przeświadczenie, że zdołamy wyjść na prostą z trenerem Dziółką. Nikt się nie zastanawiał, czy będzie zmiana trenera czy nie. Wierzyliśmy, że to kwestia jednego meczu, przełamania i dalej już pójdzie.

Na konferencji, chyba po meczu z Wartą, Michał Mokrzycki powiedział, że u trenera Galeano macie więcej swobody na boisku. Potwierdzasz to?

Tak, potwierdzam. Trener Galeano dał nam więcej wolności w podejmowaniu decyzji i ryzykowaniu w ofensywie. Mamy oczywiście swoją taktykę, ale często rywale są na nas ustawieni bardzo nisko. Gdy przeciwnik broni głęboko, to ważne są właśnie niekonwencjonalne zagrania, które zaskoczą drużynę przeciwną. Oczywiście, że można znaleźć sobie miejsce szybkim przenoszeniem ciężaru gry i takim bujaniem przeciwnikiem, ale w pewnym momencie musisz popisać się zagraniem, którego rywal się absolutnie nie spodziewa. Na to właśnie większą swobodę dał nam trener Ariel Galeano.

Trener Dziółka był niechętny, żebyście realizowali własne pomysły na boisku?

To nie jest tak, że był niechętny. Każdy trener ma swój pomysł i pomysł trenera Dziółki też był dobry, co często było potwierdzone statystykami. Jako zawodnik musisz wiedzieć, że na boisku to do ciebie należy decyzja, jak zagrać. Trener Dziółka to wiedział i nie było nigdy tak, że nam mówił: „Ma być tak i koniec”

CZYTAJ TAKŻE: Derby Łodzi w ekstraklasie? Prezes ŁZPN: O Widzew jestem spokojny, ale ŁKS czeka dużo pracy

Podsumowując ten temat, lepiej ci się pracuje z trenerem Galeano?

To są inni trenerzy. Czas z trenerem Dziółką dał mi bardzo dużo. Zahartowałem się mentalnie u trenera Dziółki, który rozwinął mnie pod tym względem. Dzięki temu wyciągnąłem dużo wniosków ze swojej gry, które zacząłem implementować już pod koniec rundy jesiennej i dzięki, którym jestem dzisiaj bardziej stabilnym zawodnikiem. Od każdego trenera można wyciągnąć coś innego. U trenera Dziółki było dużo taktyki, której się nauczyłem, współpraca z trenerem Galeano na razie nie jest długa, ale np. jest dużo kontaktów z piłką i gry od tyłu.

Wiek trenera Galeano był dla was szokiem? Nie myśleliście sobie: „trener jest młodszy od niektórych zawodników”?

Ja tak nie myślałem, bo ode mnie jest starszy, więc dla mnie to normalna sytuacja (śmiech). Większym zaskoczeniem chyba było, że akurat mamy trenera z Ameryki Południowej, że to akurat ten kierunek.

Z racji swojego wieku trener Galeano zaskoczył wam czymś nowym? Ma jakieś nowatorskie metody? Jest zaznaczona wyraźnie ta granica między trenerem, a zawodnikiem?

Trener jest bardzo elastyczny. Potrafi z nami żartować i rozładować sytuację śmiechem, ale mimo młodego wieku, to trzyma tę granicę, bo to jest ważne, żeby był respekt.

Waszym łącznikiem między zawodnikami, a trenerem jest Pirulo?

Czasami, gdy trenerowi zabraknie słowa po angielsku, to użyje hiszpańskiego wyrażenia i Pirulo nam tłumaczy po prostu.

Był ktoś w klubie, kto się szczególnie tobą zajął po przybyciu do ŁKS-u?

Wprowadzenie do klubu miałem na najwyższym poziomie. Od razu czułem się jak u siebie. Bardzo szybko zauważyłem taką życzliwość w klubie zaczynając od ludzi na portierni, przez kierownika, kończąc na innych zawodnikach. Na samym początku najlepszy kontakt złapałem z Mateuszem Kupczakiem, bo w tym samym momencie przychodziliśmy do klubu i często jest tak, że nowi trzymają się z nowymi, ale doceniam też pomoc Piotra Głowackiego, który wspierał mnie dobrym słowem, jak coś mi nie poszło i zawsze przychylnie do mnie podchodził. Bardzo szybko w tym zespole poczułem się dobrze.

Atmosfera w drużynie się poprawiła po tych dwóch zwycięstwach, czy zawsze była dobra?

Wiadomo, że atmosferę najlepiej budują wyniki. Zwycięstwa pozwoliły nam na nowo uwierzyć, że jesteśmy bardzo dobrą drużyną. Uważam, że mamy olbrzymi potencjał i musimy go po prostu wykorzystywać.

Jak ci się podobało na meczu siatkówki?

Ja jestem fanem wielu sportów i cieszę się, że mieliśmy okazję wpaść wesprzeć siatkarki ŁKS-u. Szkoda oczywiście, że mecz zakończył się takim wynikiem, ale w sporcie tak jest. Raz na wozie, raz pod wozem. Mam nadzieję, że siatkarki zdobędą mistrzostwo.

CZYTAJ TAKŻE: Czy hiszpańska gwiazda ŁKS-u znów zacznie błyszczeć?

Zainteresował Cię ten tekst?

Zaloguj się i czytaj dalej

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

logo