Raczej żyjemy skromnie, po skandynawsku. Nie potrzebuję kolejnych samochodów, domów i innych atrybutów bogactwa. Robię to, co lubię, mam, co jest mi niezbędne. Przepych nie jest dla mnie - mówi właściciel Widzewa Tomasz Stamirowski.
Tomasz Stamirowski udzielił wywiadu portalowi Wyborcza.biz. Jak sama nazwa wskazuje, dużo mówił o biznesie. Dziennikarz prowadzący wywiad wrócił do przejęcia Widzewa przez Stamirowskiego, który mówił wtedy, że zainwestuje w klub połowę swojego majątku. - W momencie przejęcia klubu zobowiązałem się formalnie do zainwestowania - jako minimum - konkretnych kwot i na pewno się z tego wywiążę. Rzeczywiście stanowiły około połowy moich ówczesnych finansowych zasobów. Nie była to lekkomyślność. Policzyłem to sobie jakiś czas temu, określiłem też jasno poziom osobistego ryzyka - potwierdził.
Szef Widzewa w końcu zmienił auto
Większościowy udziałowiec Widzewa powtórzył też, że prowadzi skromne życie i nie potrzebuje do niego milionów. Nie, nie mamy stylu życia, który by wymagał tych milionów. - Raczej żyjemy skromnie, po skandynawsku. Nie potrzebuję kolejnych samochodów, domów i innych atrybutów bogactwa. Robię to, co lubię, mam, co jest mi niezbędne. Przepych nie jest dla mnie - stwierdził.
Przyznał, że jeszcze do niedawna na parkingu firmowym jego auto było jednym z najgorszych, w końcu odmówiło posłuszeństwa i musiał je wymienić. Teraz jeździ dwuletnim BMW.
Po co mu Widzew? - Ktoś może nazwie to misją, ktoś ładnie, ale i górnolotnie określi "społeczną odpowiedzialnością biznesu", ale ja po prostu czuję taką potrzebę. Widzę, jak wiele osób żyje tym klubem. Wtedy zaczyna człowiek "myśleć" sercem. Pieniądze są na drugim planie - stwierdził Stamirowski.
Przykład Bartka Pawłowskiego
Padały też pytania o budowaniu klubu, kibicach w różnym wieku, a także sprawach transferowych. Dziennikarz zapytał, że są piłkarze, których można namówić do przyjścia do Widzewa ze względu na wspaniałą atmosferę na stadionie, społeczność wokół klubu, czy wartościach, jakimi się kieruje. - Kryterium finansowe jest dominujące, zwłaszcza dla doświadczonych graczy. Nasze walory nie będą tu więc miały wielkiego znaczenia. Niewiele będzie graczy, których przekonamy wspaniałymi kibicami, jeśli oferta finansowa odbiega od innych. Taka smutna prawda - przyznał Stamirowski i dodał: - Rynek piłkarski jest specyficzny: jeśli jest dobry gracz, wszyscy szybko wiedzą, ile zarabia. Jeśli za mało, błyskawicznie znajdują się kluby chętne na takiego zawodnika, a agenci piłkarscy są z natury zainteresowani kolejnymi transferami.
Stamirowski wspomniał też jednak o Bartłomieju Pawłowskim, który mógł zarabiać więcej, niż w Widzewie, a jednak do niego przyszedł, bo to "jego klub". O zarobkach piłkarzy szef klubu powiedział, że nie jest problemem ich wysokość, ale ich relacja do wyników.
W dalszej części wywiadu padają pytania o wsparcie klubów przez samorządy, także to irracjonalne, oraz spółki skarbu państwa. - Nie będę dyskutował z samym faktem, że państwowe firmy wydają pieniądze na marketing sportowy. W tym niczego złego nie ma. Chodzi bardziej o zasady wydawania tych pieniędzy. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że na niektórych patrzę z zazdrością - zaśmiał się i dodał, że gdy na początku analizował budżet Widzewa, to wyszło, że 93 procent jego budżetu to środki prywatne.
Cały wywiad można przeczytać tutaj.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.