Marcin Olczyk (Łódzki Sport): Będzie pan oglądać piątkowy mecz Widzew - Legia?
Andrzej Michalczuk (dwukrotny mistrz Polski z Widzewem): Tak, oczywiście. Wybieram się na to spotkanie.
[wpum_restrict_logged_in][FMP]
I jakie ma pan względem niego oczekiwania?
- Widzew na takie mecze zawsze nastawia się bardzo bojowo. Drużyny nie trzeba w takiej sytuacji dodatkowo mobilizować. Gramy u siebie, z dwunastym zawodnikiem w postaci tych wspaniałych kibiców, dlatego jestem optymistą. Uważam, że Widzew wygra ten mecz i zdobędzie kolejne trzy punkty.
Jak ocenia pan grę łodzian w dotychczasowych meczach nowego sezonu? Zespół za swoją postawę w PKO Ekstraklasie jest chwalony, choć wyniki na pewno mogłyby być lepsze…
- Powiem tak: wiadomo, że za bardzo dobrą czy wręcz piękną grę punktów nikt i tak nie daje. Przede wszystkim trzeba strzelać bramki. I trochę mniej ich tracić. Jeśli jednak będziemy grali podobnie jak do tej poprawy, dokładając do tego poprawę w niektórych elementach, to te punkty będziemy zdobywać. W tym sezonie najważniejsze jest utrzymanie i to powinno być w zasięgu drużyny. A co później? To już się zobaczy w swoim czasie.
Czyli da się na tym, co jest, budować?
- Tak. Oglądałem mecze Widzewa, słyszałem też opinie ludzi związanych z piłką, i nie mam tu na myśli dziennikarzy, tylko osoby w niej pracujące, i na pewno nie jest to przypadek, że drużyna gra dobrze. Oczywiście w miarę dobrze, bo jakby grała bardzo dobrze to by miała 12 punktów i pierwsze miejsce w tabeli. Ale zespół ma swój styl, gra poprawnie, więc trzeba być dobrej myśli.
Czy teraz, w tygodniu poprzedzającym mecz z Legią, wraca pan częściej pamięcią do pamiętnego meczu z 1997 roku, w którym pana gol dał Widzewowi zwycięstwo i mistrzostwo Polski?
- Sam o tym raczej nie myślę, ale kibice nie zapominają i przy niemal każdej okazji pytają o tamto spotkanie i moją bramkę. Teraz jest tak samo i na pewno będzie tak również w piątek już na stadionie. Dlatego spodziewam się wielu okazji, by sobie tamte chwile przypominać i opowiadać fanom, jak to wówczas było.
Was w żaden sposób nie trzeba było motywować, ale czy trener Smuda próbował jakoś szczególnie wpłynąć na was przed tamtym, decydującym o mistrzostwie meczu z Legią?
- Na pewno otrzymaliśmy wtedy konkretne uwagi na temat gry rywala, ale też trzeba pamiętać, że graliśmy o mistrzostwo Polski. Byliśmy już w takim miejscu i momencie, że każdy wiedział co i gdzie ma robić. Dodatkowa mobilizacja nie była potrzebna. Nie pamiętam też żadnych wyjątkowych okoliczności związanych z przygotowaniem do tego meczu.
Co pan myślał, gdy przegrywaliście już 0:2?
- W każdym meczu wierzyliśmy, czy przegrywaliśmy 0:1, czy 0:2. Zawsze graliśmy do końca. Przegrywać też trzeba w piłce nożnej umieć. Ale wtedy stało się tak, że bardzo ważną bramkę zdobył Sławek Majak. To był kluczowy moment. Dostaliśmy wszyscy sygnał, że możemy coś jeszcze w tym meczu zdziałać. Wyrównał Darek Gęsior. Potem przyszedł czas na moje trafienie i mogliśmy ostatecznie cieszyć się ze zwycięstwa.
Czy to była najważniejsza bramka w pana karierze?
- (Po chwili zastanowienia) Ciężko powiedzieć, ale chyba tak [karierę piłkarską Michalczuk, wychowanek Dynama Kijów, rozpoczynał jako napastnik - przyp. red.]. No dobrze, tak. Dała nam zwycięstwo i mistrzostwo Polski, więc faktycznie muszę przyznać, że tak.
[/FMP][/wpum_restrict_logged_in]

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.