W polskiej piłce od lat mamy do czynienia z patologicznym zjawiskiem, jakim jest sponsorowanie klubów przez urzędy miejskie. Na ten temat pojawiło się już wiele tekstów na łamach ŁS. Na końcu jednego z nich zadaliśmy pytanie: „Jaki w takim razie jest sens istnienia całej reszty podmiotów, które nie miałyby szansy na grę na najwyższym poziomie, gdyby nie pieniądze podatników?” Wtedy pozostawiliśmy odpowiedź naszym czytelnikom, ale dziś stanowczo chcemy napisać, że istnienie takich klubów sensu nie ma.
Ostatnio głośno jest o tym, że ligowy rywal ŁKS-u, Śląsk Wrocław dostanie od miasta…30 milionów złotych. To zastrzyk finansowy, na który pozwolić sobie mogą nieliczni prywatni właściciele polskich klubów. WKS, który z powodu fatalnego zarządzania powinien dawno temu upaść, będzie miał możliwość walczyć o awans do Ekstraklasy, dzięki kasie podatników. I to, że Śląsk bez tych pieniędzy zakończyłby swój żywot to nie nasz wymysł, a opinia Łukasza Kasztelowicza, czyli osoby dobrze znającej realia wrocławskiego klubu. Jest on przewodniczącym Klubu PiS w Radzie Miejskiej Wrocławia.
I z takim miejskim tworem, musi rywalizować ŁKS Dariusza Melona, który choć w skali kraju finansowym hegemonem nie jest, to ma gest i sponsoruje swój ukochany klub.
Ekstraklasa od kilku sezonów składa się z 18 zespołów. Poziom naszej ligi rośnie, ale wciąż jest tak, że kilka zespołów po prostu nie zasługuje na to, by w elicie występować. Drugą, ważniejszą kwestią jest to, że ich na to nie stać. Co więc zrobić?
W latach 80. angielska piłka zaczęła pikować w dół. Zmalało zainteresowane i poziom sportowy. Narzekano również na kwestie finansów. Z tego powodu w 1992 roku, w wyniku połączenia się 22 najsilniejszych klubów piłkarskich w Anglii, powstała Premier League. Nowy twór przejął rolę First Division, natomiast ta stała się zapleczem angielskiej ekstraklasy. Historia z Wysp Brytyjskich jest naprawdę ciekawa i powinna stać się inspiracją dla innych. Czy w obliczu patologicznych zjawisk jakimi są m. in. dofinansowania profesjonalnych klubów pieniędzmi podatników, przesuwania środków finansowych z celów społecznych na cele sportowe, sponsorowanie wynagrodzeń piłkarzy za pomocą stypendiów sportowych, nie powinno dojść do buntu klubów, które żyją bez gigantycznych środków miejskich?
Na poziomie centralnym znajdziemy kilkanaście klubów, które zarządzane są przez prywatne osoby. Tylko w kilku przypadkach możemy mówić o multimilionerach, których stać na duże inwestycje. Częściej to ludzie bogaci, zamożni, ale mający ograniczenia, które uniemożliwiają im pewne ruchy. Dlaczego polskim futbolem interesuje się tak mało prawdziwych bogaczy? Bo to słaby biznes. A dlaczego słaby? Powodów jest kilka, ale jako jeden z czynników często wymienia się to, że kluby prywatne rywalizują z klubami miejskimi, bądź hojnie wspieranymi przez miasta. I nie jest to rywalizacja uczciwa.
Co chwila słyszymy o tym, że w jakimś mieście radni podjęli decyzję o przekazaniu kolejnych milionów swoim klubom. Najgorsze jest to, że nie są to środki, które mają być przeznaczone np. na rozbudowę ośrodków szkoleniowych czy akademię juniorów, a na bieżące potrzeby klubu i jego codzienne funkcjonowanie. To jasno wskazuje na to, że bez tego wsparcia, drużyny te nie istniałyby. Bo za co miałyby "żyć"?
Nie ma wątpliwości, że to zjawisko to mówiąc wprost - patologia. Co można z tym zrobić? Tu pojawia się dość kontrowersyjny pomysł. Na wzór wspomnianej Premier League, prywatne kluby powinny się zjednoczyć i zbuntować miejskim patologiom. Jak ten bunt miałby wyglądać? Powinna powstać nowa najwyższa klasa rozgrywkowa. Tak, brzmi to abstrakcyjnie. Ale w Anglii też pomysł uznawano za szalony. Dodatkowo, wiele (większość) klubów zarzuci dyskryminację, bo z jakiej racji taki Piast Gliwice ma występować w niższej lidze, skoro od lat gra w Ekstraklasie? Ależ niech gra! Nikt mu nie broni. Tylko w tym celu musi znaleźć prywatnego właściciela, który zasponsoruje pobyt klubu w prawdziwej elicie. Czy to dyskryminacja biednych klubów bez prywatnych właścicieli? Tak, ale polskiej piłce naprawdę mogłoby to wyjść na dobre.
Warto też spojrzeć na to, jak ta sytuacja może pogłębiać się w kolejnych latach. Od czasu, gdy właścicielem Widzewa jest Robert Dobrzycki, w lidze pojawiły się kwoty, które do tej pory albo były rzadkością, albo nie było ich wcale. To napędza rynek i prowokuje innych właścicieli do głębszego sięgnięcia do kieszeni. I świetnie, niech szefowie Rakowa, Lecha czy Legii wydają więcej. W dłuższej perspektywie powinno to przynieść pozytywne skutki dla naszej ligi. Gorzej, jeśli w Płocku, Gliwicach czy Zabrzu, radni wymyślą sobie, że chcą żeby to ich kluby dokonywały rekordowych transferów.
Co ciekawe, na temat działań urzędów miejskich, można by się też zastanowić pod kątem prawnym. Istnieją konkretne przepisy państwowe, a także unijne, które regulują możliwość państwowego interwencjonizmu na rynku sportowym. Zwrócił na to uwagę Karol Michalak na X.com. Kibic Wisły Kraków powołał się na pracę doktorką Bartosza Gawreckiego, który przeanalizował ten temat dogłębnie.
To pokazuje, że bezczelna polityka klubów miejskich to już nie tylko sprawa, w której interweniować powinny prywatne kluby, czy Ekstraklasa, ale także Państwo Polskie.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.