Gdy latem Widzew wydał 7 milionów euro na transfery, wszyscy łapali się za głowy, że Robert Dobrzycki zalicza aż tak gruby początek swoich rządów przy Piłsudskiego. Okazało się jednak, że był to jedynie przedsmak tego, co kibiców czeka zimą. Okno transferowe nadal trwa, a łodzianie wydali już ponad 7 milionów euro, a przecież to jeszcze nie koniec. Do drużyny mają niebawem dołączyć Carlos Isaac za milion euro, Emil Kornvig za około 3 miliony i obrońca, za którego - według medialnych przecieków - widziewiacy mieliby zapłacić nawet 5 milionów. To daje zawrotną sumę ponad 16 milionów euro wydanych zimą, a w ciągu całego sezonu mowa o ponad 23 milionach euro. To kwota do jakiej żaden polski klub przez lata nawet się nie zbliżył. Brzmi to jak fikcja, ale to rzeczywistość. Rzeczywistość ery Dobrzyckiego.
Dzisiejszy Widzew sprowadza Christophera Chenga za 900 tysięcy euro i kibice kręcą nosem, bo Norweg wydaje się im być "za tani". W przypadku transferu Isaaca, który nie doszedł jeszcze do skutku, mamy podobną sytuację. Hiszpan jest czołowym prawym obrońcą La Liga 2. Zdaniem ekspertów hiszpańskiej piłki, z powodzeniem mógłby grać w najwyższej klasie rozgrywkowej w swoim kraju, a klauzula jego wykupu wynosi milion euro. Na wielu fanach RTS-u nie robi to zbyt dużego wrażenia i oczekiwaliby kogoś "większego". Z jednej strony to zrozumiałe, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale trzeba pamiętać, że transfery za milion euro, czy nawet 900 tysięcy, to ruchy, o których Widzew jeszcze niedawno mógł pomarzyć. I nie mówimy tu o dalekiej przeszłości, a o np. poprzednim sezonie. Słynny Hilary Gong, który przez wielu jest określany najgorszym piłkarzem w historii poreaktywacyjnego Widzewa, przychodził do klubu za 350 tysięcy euro. Wywołało to wtedy poruszenie wśród kibiców, którzy mieli poczucie, że to duży zakup. Mowiąc żartobliwie - dziś nikt by nie zauważył takiego wydatku.
Warto też przypomnieć historię sprzed trzech lat, gdy łódzki klub podczas zgrupowania w Turcji mierzył się z gruzińskim Dynamo Batumi. Występował tam wtedy pewien Brazylijczyk - Jovino Flamarion. Napastnik był gwiazdą ligi i królem strzelców. Wpadł w oko łódzkim działaczom, ale przeszkodą nie do przejścia była cena: 400 tysięcy euro. Nawet kibice dowiadując się ile Flamarion jest wart, szybko zapomnieli o Brazylijczyku. Dziś taka kwota wywołałaby tylko uśmiech w widzewskim środowisku.
Działania Widzewa są mocno widoczne i w środowisku skupionym wokół Ekstraklasy, pojawia się dyskusja o tym, gdzie taka polityka transferowa zaprowadzi klub. Mniej zorientowani widzą w Robercie Dobrzyckim drugiego Józefa Wojciechowskiego, inni za wzór stawiają działającego w zupełnie inny sposób Zbigniewa Jakubasa. Słowa krytyki niekiedy brzmią jednak bardziej jak zazdrość, a może nawet strach. Bo przecież Legii, Lechowi czy Rakowowi, w lidze nie jest potrzebny finansowy hegemon, który nawet jeśli nie dziś, to już jutro może stać się głównym kandydatem do mistrzostwa kraju.
Na pewno styl działania Dobrzyckiego to coś, do czego w Polsce nie jesteśmy przyzwyczajeni. W Czechach, na Węgrzech, w Ukrainie - wydatki Widzewa nie robiłby aż takiego wrażenia jak w Polsce. To trochę kwestia naszej mentalności, a trochę zasługa doświadczeń z właścicielami klubów piłkarskich. Cacek, wspomniany już Wojciechowski, Król, Osuch - mieliśmy w Polsce kilka przykładów tego, jak źle wydawane pieniądze potrafią zniszczyć kluby. Dobrzycki to jednak zupełnie inna półka biznesowa, a na RTS wydaje zaledwie niewielki procent jego rocznych zysków. Gdy dołoży się do tego fakt, że jest on wieloletnim kibicem łódzkiego klubu, można wierzyć, że Widzew pod jego rządami będzie miał się dobrze.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.