Andrzej Grajewski – człowiek niezwykle barwny, którego nazwisko może niewiele mówić dzisiejszej młodzieży. W latach 90. była to jednak postać znana niemal wszystkim kibicom Widzewa i nie tylko…
Poniższy wywiad został pierwotnie opublikowany 15 lutego 2024 roku. W nowy rok przypominamy go naszym czytelnikom.
Polska piłka miała w swojej historii kilku charakterystycznych ludzi. Prezesów, właścicieli, piłkarzy, trenerów. Do tego grona zalicza się Andrzej Grajewski, były współwłaściciel Widzewa i jeden z ojców wielkich sukcesów klubu w latach 90. Z popularnym “Grajkiem” porozmawialiśmy o zbliżających się derbach, ale także o przeszłości i zadrze w sercu…
Jakub Siekacz (Łódzki Sport): Oglądał pan mecze Widzewa i ŁKS-u w ostatniej kolejce?
Andrzej Grajewski: Oczywiście, oglądałem.
I jak wrażenia?
– Łódź jest miastem, które prawie zawsze miało i mieć powinno dwa kluby w elicie. Niestety, w przyszłym sezonie możemy wrócić do sytuacji, gdy ponownie nie będzie miała żadnego. Do końca wierzyłem, że ŁKS pokona Koronę. Sytuacja Ramireza mogła dać trzy punkty. Teraz jego sytuacja jest bardzo zła i ma tylko matematyczne szanse. Jeśli chodzi o Widzew, to ten zespół gra to samo, co grał jesienią. Musi uważać, bo porażka w derbach może słono kosztować. Z nowych zawodników pojawił się na boisku jeden, który zagrał kilkanaście minut…
ZOBACZ TAKŻE>>>Sponsor Widzewa chce kupić klub! W grze gigantyczne pieniądze
Teraz do Widzewa dołączył doświadczony Rafał Gikiewicz.
– Tak, jest to z pewnością mocny transfer. Ktoś, kto kilka lat był kluczowym bramkarzem w Bundeslidze, nie może być słaby. Moim zdaniem to bardzo duże wzmocnienie. Szkoda, że tak późno.
Jaki jest pana typ na spotkanie derbowe?
– Przyjeżdżam na ten mecz, żeby kibicować łódzkiej piłce. Chcę na żywo obejrzeć jej stan. Nie wiem, czy mogę liczyć na piękne akcje i gole. Życzyłbym wszystkim kibicom na stadionie, by piłkarze dali show, bo derby są potrzebne Łodzi jako miastu piłki nożnej.
Serce będzie jednak tego dnia bardziej po stronie Widzewa?
– Powiem może w ten sposób: powinno być tak, że kibicowałbym Widzewowi. Ale to nie jest Widzew Grajewskiego. Nie zostałem zaproszony na mecz otwarcia nowego stadionu. Wtedy powiedziałem sobie, że moja noga więcej na Widzewie nie stanie. W tym klubie o mnie zapomniano. Zapomniano o tym, ile dałem tej drużynie, ile razem osiągnęliśmy. Mistrzostwa Polski, Liga Mistrzów, wielkie triumfy. Z tego względu ja nie jestem zobowiązany, by kibicować i pamiętać o Widzewie. Bo dlaczego miałbym to robić, skoro Widzew nie pamięta o mnie?
Ale w przeszłości poczuł pan miłość do klubu?
– Jeśli ktoś wykłada tak gigantyczne pieniądze, to nie robi tego z nienawiści (śmiech).
Byli ludzie, którzy inwestowali fortuny, bo wierzyli, że to dobry interes.
– Ci ludzie nie mieli zielonego pojęcia o piłce nożnej i biznesie. Miłość do klubu to nie jest przyjście do loży VIP w klubowym szaliku. To ofiarowanie swoich pieniędzy, ale i czasu. Ja to właśnie robiłem.
Gdy decydował się pan zainwestować w klub, były inne opcje niż Widzew?
– Oczywiście. Namawiano mnie w wielu miejscach. Ja się czułem łodzianinem, Widzew to wtedy już była firma i dlatego zdecydowałem się na tę opcję. Wiele osiągnąłem i przypuszczam, że nie dożyję już czasów, żeby ten klub powtórzył sukcesy z lat 90.
ZOBACZ TAKŻE>>>Widzew sięgnie po Litwina?
Ma pan kontakt z ludźmi z tamtego okresu? Współpracownicy, piłkarze, trenerzy?
– Mam, oczywiście. Mam nawet z kibicami, którzy dobrze pamiętają tamte czasy. Zdarzyła mi się taka sytuacja, że będąc na wakacjach na Wyspach Kanaryjskich spotkałem w windzie mężczyznę z małżonką. Popatrzyli na mnie i spytali, czy nazywam się Grajewski. Ten człowiek bardzo mi podziękował za to, co przeżył dzięki sukcesom mojego Widzewa. Przyznam szczerze, że się wzruszyłem, to było bardzo miłe, że po tylu latach ktoś jeszcze o tym pamięta. Wymieniliśmy się numerami, rozmawiamy czasem ze sobą, także na temat tej porażki ostatniej i tego, dlaczego do niej doszło. Powiem tylko tak: za moich czasów by tak nie było.
Lata 90. w polskim futbolu to też niestety korupcja. Gdyby nie ona, to pana zdaniem, bylibyśmy dziś piłkarsko w innym miejscu?
– Zacznę od tego, że gdyby nie korupcja, to Widzew by nie spadł do II ligi. Podczas przygotowań do ligi podeszło do mnie dwóch sędziów. Mówią do mnie: „Panie Andrzeju, niech Pan da parę groszy, bo zrobili przeciw wam spółdzielnię. Jak pan zapłaci to my zrobimy przeciwko nim i się utrzymacie”. Powiedziałem tylko, żeby dali mi spokój, że ich szanuję, ale proszę, żeby nie zawracali mi tym głowy. Gdybym w to wtedy wszedł to prawdopodobnie byśmy się utrzymali. Ten spadek boli mnie do dziś. Każda porażka w Widzewie mnie bolała, ale porażka oznaczająca, że nas nie było w najwyższej klasie rozgrywkowej, była jeszcze gorsza.
Gdyby dziś mógł się pan zwrócić do Tomasza Salskiego i Tomasza Stamirowskiego, właścicieli ŁKS-u i Widzewa to jaką radę by im pan dał?
– Przede wszystkim bardzo szanuję tych ludzi. Poświęcają swój czas i swoje pieniądze dla swoich ukochanych klubów. Poradziłbym im, żeby nie słuchali tego, co im z boku podpowiadają, a zwłaszcza w Widzewie. Niech idą drogą rozsądku. Przy Piłsudskiego powinni znów zasiąść widzewiacy, ludzie z charakterem. Nie przyjezdni, którzy chcą zrobić karierę na tym zasłużonym klubie. Ełkaesiakom życzyłbym stabilności sportowej, żeby to nie była wieczna huśtawka między pierwszą ligą a Ekstraklasą.