Reklama
Reklama

Nowy stadion ŁKS-u, czyli tragedia w trzech aktach

Czas 4 min czytania
Nowy stadion ŁKS-u, czyli tragedia w trzech aktach

fot. ŁKS Łódź

Otwarcie nowego stadionu miało być dla kibiców ŁKS-u historycznym momentem pełnym radości i dumy. Piłkarze zepsuli jednak to święto i sprawili, że pierwsze mecze na nowo otwartym obiekcie były jednym wielkim pasmem rozczarowań. Czy pomimo tego w kolejnym sezonie stadion przy al. Unii się wypełni?

Kibice ŁKS-u czekali na ten moment przez dekady, lata, pokolenia. Wypatrywali nowego stadionu, wyczekiwali rozpoczęcia budowy; odbudowując klub od podstaw, pocieszali się, że to już wkrótce, już za chwilę, już niedługo. Wyczekiwana chwila nadeszła jednak w najtrudniejszym momencie w najnowszej historii klubu. ŁKS seryjnie zawodził na boisku, na światło dzienne wychodziły kolejne niespłacone zobowiązania, piętrzyły się kłopoty finansowe i organizacyjne. Pomimo tego w dniu otwarcia Stadionu Miejskiego im. Władysława Króla zdawało się, że troski choć na chwilę zniknęły. Przemarsz ełkaesiackiej akademii, powrót na stadion wielkich gwiazd sprzed lat, okolicznościowe koncerty – fani biało-czerwono-białych z podziwem oglądali nowy obiekt, część z nich przyjechała na al. Unii pierwszy raz od lat, panowała atmosfera radosnego wyczekiwania, wielopokoleniowego święta. Aż na boisko wyszli piłkarze.

Reklama

Akt pierwszy: Wielka klapa na otwarcie

W meczu otwarcia ŁKS zawiódł na całej linii. Ełkaesiacy wyglądali tak, jakby nie unieśli presji związanej z tym wydarzeniem. Dali sobie wbić bramkę w końcówce meczu i w ostatnich minutach nie podjęli już walki o odwrócenie losów spotkania. -Spieprzyliśmy to święto. Zdajemy sobie z tego sprawę – mówił bez ogródek kapitan łodzian, Maciej Dąbrowski.

Ebenezer Kelechukwu Ibe-Torti w walce o piłkę podczas meczu otwarcia nowego stadionu ŁKS-u. fot. Marian Zubrzycki

Akt drugi i trzeci: przegrane derby i blamaż bez kibiców

W kolejnym meczu ełkaesiacy stracili w oczach kibiców po raz kolejny. W starciu z Widzewem biało-czerwono-biali zaprezentowali się całkiem nieźle: zneutralizowali część atutów rywala, narzucili mu trudne warunki, byli bardzo blisko zdobycia gola. W derbach nie ma to jednak najmniejszego znaczenia. Liczy się wynik, a ten był korzystny dla piłkarzy Janusza Niedźwiedzia. Dodatkowo atmosferę piłkarskiego święta zepsuły zamieszki na trybunach, które sprawiły, że większość spotkania była rwana, rozgrywana w oparach dymu i gazu pieprzowego. Jedynym, dość nieoczywistym plusem derbowych wydarzeń było to, że wskutek zakazu stadionowego nałożonego przez wojewodę fani biało-czerwono-białych nie musieli oglądać fatalnego meczu z Odrą, w którym ich drużyna kompletnie się posypała. To jedno z tych spotkań, o którym wszyscy związani z ŁKS-em chcieliby jak najszybciej zapomniećekipa Piotra Plewni wbiła gospodarzom cztery bramki i obnażyła wszystkie ich słabości.

Reklama
Maksymilian Rozwandowicz i Paweł Zieliński w pojedynku podczas 68. derbów Łodzi, fot. Marian Zubrzycki

Nasz dom, wasze zasady

W materiale zza kulis derbów opublikowanym przez ŁKS TV można zauważyć, że na jednym z ekranów zamontowanych w szatni ełkaesiaków wyświetlał się przed meczem napis „Nasz dom, nasze zasady”. Na razie gorzka prawda jest jednak taka, że w spotkaniach rozgrywanych na nowym stadionie to goście dyktują warunki, a biało-czerwono-biali zawodzą na całej linii. Ich gra na ukończonym stadionie im. Władysława Króla to jedno wielkie pasmo niepowodzeń, tragedia w trzech, niemiłosiernie dłużących się aktach.

Statystyki? Lepiej nie patrzeć

Aż nadto wyraźnie pokazują to statystyki. W trzech meczach na nowym stadionie ełkaesiacy nie potrafili zdobyć choćby punktu. Po 270 minutach gry (nie wliczając nawet w tę pulę czasu doliczonego, który był długi zwłaszcza w derbach) wciąż czekają na zdobycie pierwszej bramki na własnym obiekcie. Ich rywale z kolei pakowali piłkę do siatki aż sześciokrotnie – cztery razy robili to zawodnicy Odry Opole, a po jednym golu zdobyli gracze Widzewa i Chrobrego. Nie chcielibyśmy nadmiernie się nad ełkaesiakami pastwić, ale wiele wskazuje na to, że nie będą nawet pierwszą drużyną, która wygra mecz lub zdobędzie bramkę, grając na nowym obiekcie przy al. Unii w roli gospodarza (trzy czerwcowe mecze międzypaństwowe), ani nawet pierwszym zespołem, który dokona tego, występując w biało-czerwonych strojach (mecz reprezentacji Polski U-21 z Niemcami).

Reklama
Mateusz Kowalczyk podczas meczu ŁKS-Odra Opole, fot. Marian Zubrzycki

Co na to kibice ŁKS-u?

Jak na tę kryzysową sytuację zareagują kibice z al. Unii? Z czysto biznesowej, marketingowej  perspektywy pewnie lepiej byłoby, żeby stadion został otwarty przed startem nowej ligowej kampanii – wtedy na fali entuzjazmu związanego z otwarciem obiektu można byłoby sprzedać karnety na cały sezon. Obiekt został jednak oddany do użytku pod koniec rozgrywek, więc ŁKS oferował kibicom jedynie „minikarnety” – wejściówki na trzy ostatnie mecze sezonu. Fani „Rycerzy Wiosny” nie dostali od piłkarzy właściwie żadnego argumentu za ich przedłużeniem.

Reklama
Kibice ŁKS-u podczas derbów Łodzi (fot. Marian Zubrzycki)

Wśród kibiców ŁKS-u nie brakuje ludzi o wielkiej cierpliwości, którzy są z klubem na dobre i na złe. Wraz z otwarciem nowego stadionu na trybunach pojawiło się jednak wielu sympatyków klubu, którzy nie byli na meczu od lat, albo nawet nie śledzą na co dzień jego rezultatów i tę grupę fatalne wyniki ŁKS-u, jeszcze gorszy styl gry i gęsta atmosfera panująca wokół klubu mogły skutecznie odstraszyć przed ponownym kupowaniem biletów na jego mecze. Czy tak rzeczywiście będzie? Na jaką frekwencję w nowym sezonie złożą się wszystkie składowe tego równania? To jedno z najciekawszych pytań, na jakie przyniosą nam odpowiedź nowe rozgrywki.

Piłka nożnaPublicystyka

ŁKS Łódźstadion imienia Władysława Króla

Komentowanie zablokowane

Reklama