Jeden celny strzał, błędy w defensywie. W ŁKS wszystko po staremu

Reklama
Czas 2 min czytania

Piłkarze ŁKS przegrali 1:3 z Legią w Warszawie. Niby nie ma do czego się przyczepić, rywal walczy o mistrzostwo Polski, ale można odnieść wrażenie, że po przerwie zimowej niewiele w łódzkim klubie zmieniło się na lepsze.

ŁKS prowadził z Legią po golu Łukasza Piątka. Legii wystarczyło jednak kilka minut lepszej gry, by wbić beniaminkowi trzy bramki. Po meczu wiele słów krytyki zebrał Jan Sobociński, po którego zagraniu ręką – we własnej szesnastce, gospodarze mieli rzut karny, po którym objęli prowadzenie 2:1. Jednak jeszcze bez młodego obrońcy na boisku ŁKS dał sobie wbić gola, choć we własnym polu karnym było wtedy aż dziesięciu zawodników klubu z al. Unii. Żaden z nich nie zauważył jednak 18-letniego Macieja Rosołka. Do interwencji Arkadiusza Malarza również można się przyczepić.

ŁKS prowadził w Warszawie, bo miał szczęście. W pierwszej połowie sam Jose Kante mógł zdobyć przynajmniej dwie bramki, ale chyba postanowił, że jego gole zbyt szybko zamknęłyby spotkanie. Łodzianie do przerwy raz przedarli się pod pole karne rywala. Wszystko w tej akcji było zrobione jak należy do momentu, kiedy piłka trafiła do Ricardo Guimy. Portugalski pomocnik uderzył z pierwszej piłki tak, jak uderzył – daleko od bramki. Po przerwie Piątek oddał celny strzał – zakończony golem i to koniec ofensywnych możliwości łódzkiej drużyny.

– Już wcześniej mówiłem, że ewentualna porażka w tym meczu nie spowodowałaby, że spadamy z ekstraklasy, tak samo jak zwycięstwo nie sprawiłoby, że się w niej na pewno utrzymamy. Walczymy dalej – powiedział po spotkaniu Kazimierz Moskal. Szkoleniowiec zaczyna wyglądać na osobę, na której porażki zespołu nie robią już żadnego wrażenia. Mógł się do nich przyzwyczaić, ŁKS w Warszawie przegrał po raz 15 w sezonie. Pod tym względem jest liderem. Podobnie jak w statystyce straconych bramek – 40.

Nie da się sprawdzić, czy z innym szkoleniowcem ŁKS zdobyłby więcej punktów, czy tyle samo, a może mniej. Można jednak przypomnieć, że Moskal spadł z ekstraklasy z Sandecją, co w dużej mierze tłumaczono rozgrywaniem meczów poza Nowym Sączem – w Niecieczy. Dobrze, że trenera Marka Papszuna nikt nie poinformował, że prowadzony przez niego Raków nie gra w Częstochowie, tylko w Bełchatowie. Zapewne wówczas drugi z beniaminków nie miałby na koncie o 14 punktów więcej od ŁKS.

Reklama

Nikt w ŁKS nie robi tragedii z porażki z Legią. Może i słusznie. Nikt nie darł jednak również szat po przegranej u siebie z Piastem Gliwice (0:1), przecież w następnej kolejce czekała łatwa do ogrania Wisła Kraków. Skończyło się 0:4. Nikt nie płakał po 0:1 w Szczecinie, przecież kolejny rywal to beznadziejna Arka Gdynia. Niewielu osobom zapaliło się czerwone światło, gdy mecz zakończył się wynikiem 1:4.

Od mówienia, że w następnej kolejce będzie lepiej, ŁKS nie utrzyma się w ekstraklasie. Do zakończenie sezonu coraz mniej spotkań, a dystans do bezpiecznego miejsca się zwiększa – już 8. punktów. Cieszy, że działacze mają plan na funkcjonowanie klubu po ewentualnym spadku. Tylko czy takie słowa nie usprawiedliwiają kolejnych porażek, nietrafionych transferów, złych wyborów kadrowych trenera?

– W przekroju całego meczu Legia była od nas lepsza, ale w piłce nie zawsze lepszy wygrywa. A my, wydaje mi się, postawiliśmy dzisiaj wysoko poprzeczkę – stwierdził Moskal. W 22. kolejce ŁKS zmierzy się u siebie z Wisłą Płock. Będą kolejne tłumaczenia szkoleniowca na konferencji, czy jakże potrzebne punkty…

Piłka nożna

ŁKS Łódź

Dodaj komentarz