Klęska ŁKS-u w Legnicy. Łodzianie dali sobie wbić trzy bramki

fot. Marian Zubrzycki

Reklama


Czas 3 min czytania

Łodzianie zagrali świetną pierwszą połowę, ale nie potrafili przekuć ofensywnej gry na bramki. W drugiej części spotkania praktycznie nie istnieli – zabrakło im wytrzymałości, pewności siebie oraz skuteczności i wracają do Łodzi bez punktów.

Miedź rozpoczęła spotkanie z animuszem i ofensywnym nastawieniem. Piłkarze Jarosława Skrobacza narzucili szybkie tempo gry, zakładali wysoki pressing i już w pierwszym kwadransie meczu mieli trzy groźne sytuacje na strzelenie gola. Najpierw Mehdi Lehaire oddał soczysty strzał z dystansu, a następnie Krzysztof Drzazga (notabene przed sezonem łączony z ŁKS-em) sprawdził wytrzymałość poprzeczki po strzale głową z najmniejszej odległości. Ten sam piłkarz raptem kilka minut później dał prawdziwy popis umiejętności technicznych – przyjął piłkę udem w polu karnym i dwukrotnie podbił ją, układając ją sobie do strzału wolejem. Futbolówka pomknęła w samo okienko bramki ŁKS-u, ale została zatrzymana przez Dawida Arndta, który zaimponował w tej sytuacji bramkarskim refleksem.

ŁKS podjął rękawicę rzuconą przez gospodarzy. Biało-czerwono-biali odpowiadali na ogień ogniem – grali dynamicznie, szybko przedostawali się pod bramkę rywala i rozkręcali się z każdą minutą.  Szczególnie aktywni byli Pirulo, Dominguez, Rygaard i Ricardinho. Najlepszą sytuację na otworzenie wyniku miał ostatni z wymienionych – w 19. minucie w zamieszaniu po rzucie rożnym brazylijski napastnik ŁKS-u uderzył na bramkę Lenarcika, ale piłkę zmierzającą do bramki wybił Pinillos.

Reklama

Pierwszą połowę można podzielić na trzy części – w pierwszej ton rywalizacji nadawała Miedź, druga należała do łodzian, a w trzeciej mecz był najbardziej wyrównany, nad Stadionem im. Orła Białego w Legnicy rozpętała się ulewa, a tempo gry nieco się zmniejszyło. Obie strony miały swoje okazje w ostatnich minutach przed przerwą, ale ostatecznie bezbramkowy remis utrzymał się do końca pierwszej połowy.

W pierwszej połowie oglądaliśmy kapitalne widowisko – rywalizacja była zacięta, piłka szybko krążyła po boisku, oba zespoły grały otwarty, ofensywny futbol, bramkarze uwijali się jak w ukropie, broniąc kolejne groźne strzały. Dawno nie widzieliśmy meczu z udziałem ŁKS-u, który byłby rozgrywany na tak wysokim poziomie.

Jeśli w pierwszej części gry czegokolwiek brakowało, to jedynie bramek. Pierwszego trafienia doczekaliśmy się raptem kilka minut po wznowieniu gry, ale była to niestety bramka dla Miedzi. Gol był efektem łańcuszka błędów piłkarzy z Łodzi. Sobociński wyprowadzał piłkę z pola karnego. Zagrał jednak za słabo i niedokładnie, niejako wsadzając na minę Domingueza, który nie zdążył dopaść do piłki. Hiszpańskiego pomocnika wyprzedził Lehaire. Piłkarz Miedzi znalazł się z piłką kilkanaście metrów od bramki Arndta. Francuz uderzył w środek bramki, ale golkiper ŁKS-u, któremu widok na strzelca zasłaniał Moros nie zdołał zatrzymać piłki.

Reklama

Strata bramki wyraźnie wybiła z rytmu piłkarzy ŁKS-u. Łodzianie dali się zdominować, zaczęli notować proste straty, stracili pewność siebie, nie potrafili wrócić do dawnej intensywności gry. Legniczanie wyglądali z kolei na zadowolonych z wyniku, nie dążyli za wszelką cenę do strzelenia drugiego gola. W efekcie temperatura spotkania się obniżyła – mecz był bardziej rwany, oglądaliśmy więcej walki w środku pola.

Kolejny punkt zwrotny spotkania to 69. minuta. Po dalekim wybiciu Lenarcika Moros przegrał pojedynek główkowy z rosłym Drzazgą. Były gracz krakowskiej Wisły zagrał prostopadłe podanie do wprowadzonego na boisko zaledwie kilkadziesiąt sekund wcześniej Patryka Makucha. Napastnik urodzony w Łodzi wybiegł z piłką w boczny sektor pola karnego, ale Dawid Arndt postanowił jednak wyjść z bramki. Makuch zachował zimną krew do ostatniej chwili i podwyższył wynik spotkania.

Także i ten cios nie podziałał otrzeźwiająco na ełkaesiaków. Stroną przeważającą byli wciąż gracze z Dolnego Śląska. Co więcej, jedynie kilka centymetrów niedokładności sprawiło, że legniczanie nie prowadzili trzema bramkami już w 78. minucie. Fenomenalnym strzałem z rzutu wolnego popisał się bowiem Dani Pinillos. Były gracz Barnsley uderzał z okolic narożnika pola karnego i trafił w wewnętrzną część poprzeczki – w efekcie piłka wylądowała kilka metrów przed bramką Arndta, ale została na szczęście wybita poza linię końcową.

Mamrot próbował ratować sytuację w końcówce. W 73. minucie trener ŁKS-u wprowadził na boisko Sekulskiego, w efekcie czego jego zespół kończył mecz z dwoma napastnikami. W 81. minucie przeprowadził z kolei potrójną zmianę – na boisku pojawili się Nawotka, Sajdak i Marciniak. Ani pierwszy, ani drugi ruch nie odmieniły jednak nie tylko wyniku, ale nawet obrazu gry. Zamiast upragnionej przez ełkaesiaków bramki kontaktowej obejrzeliśmy cios zamykający spotkanie. W 90. minucie po stracie ŁKS-u gospodarze znaleźli się na połowie łodzian w przewadze liczebnej. Ze spokojem rozegrali tę akcję, a dzieła zniszczenia dopełnił Krzysztof Drzazga. Napastnik gospodarzy uderzeniem głową pewnie ustalił wynik spotkania.

Miedź Legnica-ŁKS 3:0 (0:0)

49. Lehaire

68. Makuch

90. Drzazga

Miedź: Lenarcik, Matuszek, Garuch, Drzazga, Pinillos, Tupaj, Zieliński, Mijusković, Bednarski ‘(67. Makuch), Lehaire (70. Roman), Hoogenhout

ŁKS: Arndt – Wolski (63. Dankowski), Moros, Sobociński, Klimczak (81. Marciniak) – Rozwandowicz (81.Sajdak), Dominguez (73. Sekulski), Rygaard (81. Nawotka), Pirulo, Trąbka – Ricardinho

Reklama

Piłka nożna

ŁKS Łódź

Dodaj komentarz