Lepiej brzydko wygrać jak Widzew z Jastrzębiem, niż ładnie stracić punkty

Dominik Kun sprokurował rzut karny, ale asystował przy dwóch golach Widzewa Fot. Marian Zubrzycki

Reklama


Czas 2 min czytania

O takich meczach, jak Widzewa z GKS 1962 Jastrzębie, mówi się, że wynik jest lepszy niż gra. Ale właśnie takimi meczami osiąga się duże sukcesy.

W przypadku Widzewa sukcesem w tym sezonie będzie awans do ekstraklasy, choć w klubie odżegnują się od oficjalnego postawienia takiego celu. Mało tego, schładzają nastroje, czego przykładem był wywiad prezesa Mateusza Dróżdża dla oficjalnej strony. I dobrze, bo na dodatkowa presję nakładają na zawodników przyjdzie jeszcze czas. Na razie mają grać i zdobywać punkty w każdym następnym spotkaniu. Jak widać w tabeli, robią to bardzo dobrze, chociaż nie w każdym grają tak, jak chcieliby wybredni kibice.

Inna sprawa, że fani zostali rozpieszczeni takimi meczami jak z GKS-em Katowice, Skrą Częstochowa czy Górnikiem Polkowice, w których widzewiacy grali skutecznie i z wielkim polotem. Dlatego, gdy męczyli się z ostatnim w tabeli GKS-em 1962 Jastrzębie, z trybun słychać było gwizdy. Niesłusznie, z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze, rywale grali naprawdę dobrze: agresywnie i twardo. Po drugie zaś, nie ma na świecie drużyn, które błyszczą od początku do końca sezonu. Nawet Widzew z sezonu 1995/1996, który zakończył rozgrywki bez porażki, męczył się w Łodzi z późniejszymi spadkowiczami: Siarką Tarnobrzeg (2:1) czy Lechią/Olimpią Gdańsk (1:0).

Reklama

Faktem jest, że z trybun gra Widzewa nie wyglądała dobrze. Mnożyły się niecelne podania, proste straty, a obrońcy byli mało zdecydowani. Widać było brak odpowiedniej koncentracji. Z perspektywy kilkunastu godzin i po analizie trzeba zmienić zdanie.

Bo gra się tak, jak przeciwnik pozwala, a ambitni jastrzębianie nie pozwalali na wiele. Poza tym nie da się do wszystkich rywali podchodzić z maksymalną motywacją.

A do Łodzi przyjechał ostatni zespół z Fortuna 1. Ligi, który w poprzedniej kolejce dał sobie strzelić pięć goli, więc nic dziwnego, że zawodnicy podświadomie go zlekceważyli.

Reklama

W poprzednim sezonie Widzew takie mecze jak z Jastrzębiem jeśli wygrywał, to minimalnie, ale najczęściej remisował (z GKS-em Bełchatów czy Puszczą Niepołomice), a zdarzały się porażki (ze słabo grającym GKS-em Tychy). W niedzielę wygrał przekonująco, a przeciwnik tak naprawdę nie stworzył z gry ani jednej okazji, którą można było uznać za stuprocentową. Gola stracił z rzutu karnego, podyktowanego za faul w teoretycznie niegroźnej sytuacji.

Gdyby kilku kolegów dziennikarzy mogło po 45. minucie wejść do szatni, Dominik Kun, sprawca jedenastki, powinien obawiać się linczu, bo – cytuję: „powinien zostać zmieniony dużo wcześniej”.

Na szczęście trener Janusz Niedźwiedź nie jest aż tak niecierpliwy, bo ten rozgrywający słabsze spotkanie Kun zanotował dwie asysty.

Wizualnie lepsi od niego nie wydawali się Mateusz Michalski i Karol Danielak, ale ten pierwszy też miał asystę, drugi zaś strzelił pięknego gola. Słyszałem też, że Mattia Montini jest nie nadającym się do niczego emerytem. Tenże emeryt otworzył wynik, miał pół asysty przy trzecim trafieniu (przepuścił piłkę oszukując obrońcę) i wygrał wiele pojedynków w defesywie.

Nie wiem, jak państwo, ale ja chciałbym, żeby wszyscy widzewiacy mieli takie słabe występy, a drużyna wygrywała 3:1. Bo takie zwycięstwa pokazują, że drużyna jest silna i nawet jeśli gra poniżej możliwości, a zwłaszcza oczekiwań kibiców i niektórych dziennikarzy. Bo awansu nie uzyskuje się odbierając punkty najgroźniejszym przeciwnikom (choć to bardzo ważne), ale nie tracąc ich z potencjalnymi słabeuszami. I na koniec stara maksyma, że lepiej brzydko wygrać, niż ładnie przegrać.

Reklama

Piłka nożna

Widzew Łódź

Dodaj komentarz