– Szkoda, że ŁKS z Cracovią spotyka się w pierwszej rundzie, a nie w finale – mówi Wojciech Stawowy, były szkoleniowiec obu drużyn.
Nie ma pana w ŁKS-ie pół roku, a wydaje się jakby minęło kilka lat. Obserwuje pan drużynę i tak jak my widzi, że jeżeli coś się zmieniło to na gorsze. Z czego to wynika?
Wojciech Stawowy: – Naszym największym atutem była atmosfera, klimat panujący w szatni. Teraz zdarza mi się rozmawiać z zawodnikami, bardzo mi miło, że o mnie pamiętają, ale słyszę, że atmosfera jest dosyć przeciętna. Za mojej kadencji to była prawdziwa piłkarska szatnia. Czasami było bardzo ostro, czasami było bardzo głośno, bo była mocna, męska awantura, a czasami było wesoło jak w kabarecie. Ta drużyna to był monolit, czuliśmy się jak jedna rodzina. Nic nie było reżyserowane, tylko wynikało z naszych relacji.
W rozgrywanych na naszym stadionie derbach, po przerwie wyszliśmy na boisko po siedmiu minutach. Czekaliśmy na Widzew, naładowani energią i przejechaliśmy się po nich jak walec.
Skąd się biorą obecne problemy ŁKS-u? Wszystkiemu winna jest dziurawa defensywa?
– Obserwacja z zewnątrz może być krzywdząca dla trenera albo zawodnika. Żaden szkoleniowiec nie powinien wytykać błędów koledze po fachu To już jest rola dziennikarzy. Jeżeli drużyna chce grać futbol ofensywny, to zawsze te błędy w defensywie będą się zdarzały. Trzeba umieć to zbilansować. Potrzeba trochę czasu. Ja swoją pracę podzieliłem na parę etapów.
W momencie, w którym zostałem zwolniony byłem na etapie łączenia gry defensywnej z ofensywną.
Problemy ŁKS-u to problemy mentalne. Drużyna potrzebuje lidera. Liderów powinno być dwóch. Trener i ten, który wstrząśnie drużyną, kiedy trenera nie ma w szatni. Psychika jest bardzo ważna. Obserwuję ŁKS i widzę, że w momencie, w którym coś złego dzieje się na boisku, gra wymyka się spod kontroli. To nie wynika z braku umiejętności. Pracowałem z większością tych piłkarzy. To jest kwestia zbilansowania zespołu pod względem fizycznym, mentalnym, taktycznym.
Mówi pan, że w ŁKS-ie brakuje lidera. Maksymilian Rozwandowicz nie spełnia się w roli kapitana?
– Mówiąc o kwestii lidera, mówię o sferze mentalnej, motywacyjnej, dyscyplinie. Nigdy mówiąc o liderze nie mam na myśli gry. Nie chciałbym żeby moja drużyna była uzależniona od jednego zawodnika. Potrzebny jest lider mentalny, który potrafi wstrząsnąć zespół kiedy nie idzie. Takim liderem zawsze powinien być trener. Nie uderzam w żadnego ze szkoleniowców ŁKS-u, po prostu patrząc na to z boku, widzę, że brakuje charyzmy przy linii, brakuje gry trenera z drużyną. Uważam, że taki ktoś powinien być też wśród piłkarzy. Nie wiem, czy taką rolę spełnia Maks, Adam Marciniak, czy Maciek Dąbrowski. Patrząc na to z boku, tego nie widzę. Rozwandowicz jest zawodnikiem z bardzo dużą charyzmą, myślę, że stara się trzymać drużynę w ryzach, ale brakuje mi przywódcy. Na pierwszym spotkaniu z zawodnikami powiedziałem, że szef jest jeden – Wojciech Stawowy. Oczywiście szefem klubu jest prezes Tomasz Salski. On też posiada cechy lidera, potrafi w pozytywny sposób motywować zawodników i sztab trenerski. Natomiast szefem w szatni powinien być trener.
Prowadził pan ŁKS i Cracovię, jak oceni pan potencjał pucharowego rywala łodzian?
– Cracovię prowadziłem, ale dziś to już jest zupełnie inna drużyna. Opiera się na obcokrajowcach. Trudno mi oceniać potencjał Pasów na chwilę obecną, tam już nie ma żadnego zawodnika, z którym pracowałem Ciekawe jak do tego podejdą trenerzy? Mając w drużynie tyle urazów trzeba patrzeć na spotkanie z Sandecją. Trener powinien zrobić wszystko żeby w niedzielę wystawić najmocniejszy skład.
Dla ŁKS-u priorytetem powinna być liga.
To za kogo będzie pan trzymał kciuki w czwartek?
– Nie chcę mówić za kogo trzymam kciuki, oba kluby darzę olbrzymią sympatią. Bardzo mi jest żal, że te drużyny spotykają się w pierwszej rundzie, a nie w finale.
Podobają się panu nowi zawodnicy ŁKS-u?
– Wszystkie transfery do ŁKS-u, patrząc na względy czysto piłkarskie, są udane. Niestety, piłka nożna to nie tylko umiejętność gry lewą i prawą nogą. To też charyzma, zadziorność, odporność na sytuacje kryzysowe. W tej materii jeszcze nie dane nam było ich oceniać, natomiast czysto piłkarsko, dla mnie się bronią.
Obserwował pan Mateusza Bąkowicza prawie dziesięć miesięcy. Spodziewał się pan, że zaliczy takie dobre wejście do drużyny?
– Bardzo się cieszę, że dostał szansę i w pełni ją wykorzystał. Zawdzięcza ją swojej ciężkie pracy. Nie ujmując w niczym Mateuszowi, bardzo się cieszę, że w ŁKS-ie zadebiutował Mieszko Lorenc. Cały czas chciałem tego zawodnika w kadrze, nie za bardzo miałem na to zgodę. Widzę w tym piłkarzu ogromny potencjał. Z Miedzią zagrał kapitalne zawody. Uważam, że jest świetnym środkowym obrońcą. ŁKS nie musi szukać wzmocnień na tę pozycję tylko odważnie na niego postawić.
Coraz więcej szans dostaje Kelechukwu, z którym znacie się jeszcze z Escoli. Chciałoby się powiedzieć: nareszcie?
– Trener zawsze się cieszy, kiedy zawodnik, na którego rozwój miał wpływ, gra i dobrze sobie radzi. To jest zawodnik niekonwencjonalny, o dużych możliwościach. Jeżeli trener będzie na niego stawiał, to będziemy mieli z niego dużą pociechę.
Dziwi pana, że ŁKS latem pozbył się Łukasza Sekulskiego i Przemysława Sajdaka? W pana drużynie byli ważnym zawodnikami.
– Nie chcę komentować ruchów transferowych, to są decyzje pionu sportowego. Na pewno Łukasz Sekulski odżył w Wiśle Płock. Zastanawiające jest to, czemu w ŁKS-ie był taki moment, że strzelał mniej. Problemem musiała być strefa mentalna, Zawodnik musi czuć wsparcie od otoczenia związanego z klubem. Nie chodzi tylko o trenera, prezesa, dyrektora sportowego, kolegów z drużyny. Środowisko związane z klubem jest bardzo obszerne. Każde pozytywne słowo buduje. Krytyka, jeżeli nie jest konstruktywna, pozostawia ślad. Zawodnik, który czuje się niedowartościowany miewa zniżki formy. Bardzo się cieszę, że Łukasz jest w formie i trzymam kciuki. Przemek Sajdak jest bardzo ważnym ogniwem Skry Częstochowa, czuje się tam potrzebny.
Do niektórych piłkarzy trzeba umieć dotrzeć?
– Ważne jest żeby umiejętnie rozmawiać z zawodnikami, którzy przegrywają rywalizację w składzie. Muszą czuć się ważni i potrzebni. Dam prosty przykład: kiedy przychodziłem do ŁKS-u, Janek Sobociński był zdruzgotany mentalnie. Od początku mojej pracy wdziałem u niego ogromne możliwości piłkarskie. Wspólnie udało nam się wypracować poczucie pewności siebie, tego, że jest potrzebny, że ktoś będzie na niego stawiał i to od razu wpłynęło pozytywnie na jego grę. Dzisiaj po meczach znowu słyszę jak krytykują Sobocińskiego czy Maćka Wolskiego.
Niezasłużenie?
– Dziwi mnie to. Jeden i drugi oddałby serce za ŁKS. To są zawodnicy, którzy mają serce do gry. Wolski ma świetny charakter, jest przebojowy, uniwersalny. Jeżeli chcemy, żeby w ŁKS-ie było dobrze trzeba, tej drużynie, trenerowi, sztabowi szkoleniowemu, pomóc w trudniejszym momencie.
Atmosfera wpływa na wyniki?
– Chciałbym, żeby kibice byli z tą drużyną. Prędzej czy później to wszystko wróci na dobre tory. ŁKS jest dziś niżej w tabeli, ale to nie są takie straty, których nie można odrobić. Napięta atmosfera nie pozwoli się wydostać drużynie z problemów. Jednym z powodów, przez które nie uratowaliśmy ekstraklasy, był brak wiary. Potem to się zmieniło i wygraliśmy jedenaście meczów z rzędu.
Prezes i dyrektor sportowy się do tego nie przyznają, ale jestem przekonany, że czują, że gdybym został w klubie, to byśmy awansowali.
W mediach społecznościowych kibice piszą: “za Stawowego to było granie…” Pan też tęskni za sympatykami ŁKS-u?
– Szanuje kibiców ŁKS-u i chciałbym ich prosić, żeby mocno wierzyli w drużynę. Jeżeli wiara będzie w kibicach, piłkarzach, prezesie, to na koniec będziemy cieszyli się z awansu. Miejsce kibiców ŁKS-u jest w ekstraklasie.
Chciałbym żeby przyśpiewka: “ambicja, walka, bo w sercu jest przeplatanka” w następnym sezonie niosła się po ekstraklasowych stadionach.
Z Wojciechem Stawowym rozmawiał Filip Kijewski.