Wojciech Stawowy: “Przeplatankę mam w sercu”

Reklama
Czas 7 min czytania

Do dziś nie rozumiem, czemu nie dano mi szansy dokończyć tego sezonu – mówi w rozmowie z “Łódzkim Sportem” trener Wojciech Stawowy

Rok temu dostał pan w maju rozbitą drużynę i w cztery miesiące zrobił z niej ligowego hegemona. Jak to się udało?

– Przede wszystkim była to zasługa piłkarzy. Gdyby nie zaakceptowali mojego pomysłu na grę, nie sprawiałoby im to satysfakcji i przyszłości dla klubu ta misja by się nie powiodła i nie udałoby się z drużyny, która przechodziła bardzo trudne chwile, mentalnie była bardzo nisko, stworzyć piłkarzy, którzy tworzą bardzo fajny zespół. Znamienne były dla mnie słowa prezesa Tomasza Salskiego, który odwiedził nas na obozie w Woli Chorzelowskiej na dwa ostatnie dni i ostatniego dnia kiedy mieliśmy wieczór podsumowujący stwierdził przy kolacji “Wreszcie widzę drużynę, chemię, zespół który ma cel” To była dla mnie duża przyjemność i satysfakcja, a później same mecze, które sprawiały radość nie tylko mnie ale i wszystkim, którzy mają w sercu przeplatankę.

Reklama

Były takie mecze jak ten ze Śląskiem, drugie derby, czy mecz w ekstraklasie z Arką gdzie dzięki motywacji trenera odwracaliście wynik? Na drugie połowy wychodzili inni piłkarze.

– O takie rzeczy trzeba pytać piłkarzy. Oni najlepiej potrafią ocenić jaki jest trener, jaki ma warsztat, co robi źle, a co dobrze. Gdyby nie to, że między nami była taka dobra, zdrowa chemia – kij i marchewka. Kiedy trzeba było skarcić – karciłem i to dość mocno, kiedy trzeba było chwalić, byłem pierwszy do pochwał. Te relacje były normalne, przejrzyste. Pozwalało nam to iść za ciosem, wierzyć w to co się robi i iść za ciosem. Jeżeli ktoś wierzy w to co robi, to wie doskonale, że prędzej czy później przyjdą tego efekty. Przychodzą też takie mecze w życiu sportowca, gdzie nie nie zawsze idzie po jego myśli, ale jeżeli te warunki są na tyle przejrzyste to z każdego dołka da się wyjść.

Czy dla stylu gry Wojciecha Stawowego w ŁKS-ie dostał pan wymarzoną drużynę?

Reklama

– Wielokrotnie powtarzałem to swoim piłkarzom, trenerowi, dyrektorowi sportowemu, że był to zespół zbudowany idealnie pod mój plan. Świetni piłkarze, kapitalnie się z nimi współpracowało. Brakuje mi ich dziś i bardzo brakuje mi ŁKS-u. Byłem bardzo zadowolony z materiału ludzkiego jaki miałem.

W ekstraklasie nie przekładało się to na wyniki, ale w rozgrywkach pierwszoligowych widać było, że jesteśmy drużyną, która ma swój styl, jest rozpoznawalna.

To, że w końcówce rundy jesiennej przyszła zadyszka, nie było spowodowane wyłącznie błędami szkoleniowymi. Słabszy moment też musi przyjść. Wiedziałem, że ten ciężki moment kiedyś się zakończy. Po zwycięstwach też nie popadałem w samozachwyt bo wiedziałem, że piłka nożna jeszcze nie raz nauczy mnie pokory.

Zrobił pan dużo roszad na pozycjach. Do najsłynniejszej należy przestawienie Macieja Wolskiego na prawą obronę, gdzie się wyróżniał. Skąd ten pomysł?

Praca z piłkarzami na co dzień pozwala oceniać. Tak jak mówiłem, bardzo cieszyłem się, że trafiłem na takich piłkarzy. Są to piłkarze świetnie wyszkoleni, uniwersalni, ze zmysłem do gry technicznej. Nasza gra opierała się o dużą wymienność pozycji. Cały czas dążyłem żeby zawodnik nie był przywiązany do swojej pozycji. Dziś piłka to gra rotacyjna. Ktoś, kto to umie robić, czuje się na boisku swobodniej. Dla mnie największym plusem było, że Maciek Wolski świetnie sprawdzał się na prawej stronie boiska. Jego atuty: szybkość, waleczność, determinacja, niezła technika, pomagały mu się rozwijać.

Z każdego zawodnika byłem bardzo zadowolony. Oczywiście w meczu wystawić można tylko 11, ale mieliśmy na tyle zdrową atmosferę i zdrową rywalizację, że każdy zawodnik czuł się zadowolony nawet jak nie grał.

Dzięki tej wymienności pozycji odblokował pan umiejętności Pirulo.

Ojcem sukcesu jest sam Pirulo. To jego talent i charyzma doprowadziły do tego, że jest o nim tak głośno i inne kluby się nim zainteresowały. Bardzo cieszę się, że ŁKS przedłużył z nim kontrakt i jestem pewien, że pomoże drużynie, a potem odjedzie za duże pieniądze. Pirulo bardzo pasował nasz styl grania. To nie jest piłkarz ściśle przywiązany do linii. On szuka gry, schodzi do środka, cały czas jest pod grą – wielu jest takich w naszej drużynie.

ŁKS grał w ofensywie przepięknie, a popełniał błędy w obronie. Czy trzeba szukać nowych obrońców w nowym oknie transferowym?

– Błędy indywidualne, które popełnialiśmy, zdarzają się każdemu. Ktoś, kto umie czytać piłkę nożną, rozumie, że trener wybiera taktykę i gdzieś ta szala musi się przechylić.

Albo wybieramy grę ofensywną przez wszystkie formacje, albo defensywą i długimi wybiciami piłki stara się trafić przeciwnika. Ja wybrałem tą pierwszą drogę, bo bardzo chciałem żeby ŁKS grał nowocześnie.

To nie jest łatwe, ale bardzo się cieszyłem, że piłkarze szybko poszli moją drogą. Traciliśmy dużo bramek, ale jeszcze więcej strzelaliśmy. Ja jestem zwolennikiem wygrywania po 4:1, 3:2, 5:4. Dla mnie liczy się zwycięstwo po dobrej ofensywnej grze. Grając taki ofensywny futbol podejmowaliśmy ryzyko, które się opłacało. Nigdy nie zeszliśmy poniżej pewnego poziomu, nie straciliśmy miejsca w czołówce, byliśmy zespołem, który awans miał na wyciągnięcie ręki. Oczywiście cały czas pracowaliśmy nad tym, żeby błędy minimalizować.

Wiele osób zarzuca, że Wojciech Stawowy najchętniej chciałby grać trzydziestolatkami.

– Wojciech Stawowy chce grać zawodnikami, którzy są w najlepszej formie. Nie wolno patrzeć w metrykę, tylko jakie ma umiejętności. Młodzi piłkarze muszą mieć od kogo się uczyć, ale w młodych zawodnikach jest przyszłość. Ja nie godzę się na mówienie, że stawiam na młodszego czy starszego. Stawiam na najlepszego. Dawaliśmy szanse młodym, ale robiliśmy to w sposób umiejętny bez rzucania go na głęboką wodę. Mogę dać przykład spoza ŁKS. Titas Milašius – miałem go w Escoli, reprezentant Litwy. Trener Ojrzyński wystawił go w meczu z Lechem, dla chłopaka było to olbrzymie wyzywanie i przeżycie. Sprokurował rzut karny i odbiło się to na jego karierze. Teraz gra w drugiej lidze.

Czyli do zeszytu Krzysztofa Przytuły trzeba wpisać nazwisko Titas Milašius?

– Często rozmawiałem o nim z dyrektorem Przytułą, bardzo chciałem go mieć w ŁKS-ie. Miałby bardzo duże szanse stać się podstawowym młodzieżowcem. Świetny piłkarz z ogromnym potencjałem, ale niestety tak się sprawy potoczyły, że u nas nie zagrał.

Czego brakuje Kelechukwu, z którym też znacie się z Escoli, że nie gra w pierwszej drużynie?

– Problemem jest kwestia obywatelstwa. Gdyby miał polski paszport, pewnie byłby pierwszym młodzieżowcem. To chłopak z wielkim potencjałem, świetny piłkarz. ŁKS musi go pielęgnować. Kelly najlepiej czuje się na skrzydle, gdzie jest duża rywalizacja w postaci Michała Trąbki i Pirula. Wiem, że klub czyni przygotowania, żeby zdobył polskie obywatelstwo i nie wyobrażam sobie, żeby wtedy trener na niego nie stawiał. Wierzę, że może tę rywalizację wygrać, nawet jako zawodnik spoza Unii.

Jak to się stało, że po bardzo złym początku w ŁKS-ie stał się pan szybko ulubieńcem kibiców?

– Kibice chcą żeby ich drużyna dobrze grała, na gorąco pewne rzeczy komentują. Każdy trener wie, że bronią go wyniki. Ważne jest jaką trener ma osobowość, jak prezentuje klub. Trzeba pamiętać, że każda wypowiedź trenera, wystąpienie medialne to wizytówka klubu. Dlatego zawsze robiłem wszystko dla dobra klubu.

Może dla kogoś się to wyda kadzeniem, ale ja od tego jestem bardzo daleki: ŁKS jest dla mnie klubem bardzo ważnym. Przychodząc, chciałem się jak najwięcej dowiedzieć, słuchałem, poznawałem historię. Ta “przeplatanka”, którą każdy z nas nosi na sercu, w moim sercu też jest cały czas.

Swojego sentymentu i zdania o ŁKS-ie nie zmienię. Zawsze będę miło wspominał i mówił same dobre rzeczy o tym klubie.

Co się stało w przerwie meczu derbowego, że ta drużyna przegrywając 0:2 wyszła i zagrała jedną z najlepszych połów tego sezonu?

Słyszałem, że prezes wszedł w przerwie do szatni i nas motywował. Dziękuję mu za to, że to zdementował. W szatni było dużo motywacji, mocnej, męskiej rozmowy. W pełni się z panem zgadzam, że druga połowa meczu była najlepsza w czasie mojej pracy w ŁKS-ie. Powiedziałem, że jeżeli ten mecz wygramy, to dostaniemy takiego “powera”, że nikt nas do końca sezonu nie zatrzyma.

Po meczu zażartowałem, że trzeba się cieszyć, bo na przestrzeni sezonu i tak jesteśmy lepsi od Widzewa. W szatni była świetna atmosfera i każdy był gotów za ŁKS umierać.

Został pan zwolniony za to, że nie wystawił Ricardinho w pierwszym składzie?

– Mam ogromny szacunek do prezesa i nie będę tych słów komentował. Ma prawo podejmować takie decyzje, bo rządzi klubem i do 30 czerwca jest moim pracodawcą. Nawet jeżeli przestanę już być w jakikolwiek sposób związany z ŁKS-em, ze względu na szacunek nigdy nie powiem złego słowa na wszystkich z którymi współpracowałem. Każdy bierze odpowiedzialność za swoje decyzje. Jedna decyzja jest dla mnie niepodważalna, to trener odpowiada za to, kto gra na jakiej pozycji i nigdy nie pozwolę sobie, żeby ktoś inny to za mnie robił. Tak też się być może stało po meczu z Widzewem. Poniosłem konsekwencje swoich wyborów, ale tego nie jestem pewien.

Ricardinho, Mikkel Rygaard i Adrian Klimczak świętują wyrównującą bramkę w 65. derbach Łodzi, fot. Marian Zubrzycki

Czemu ŁKS w pięciu ostatnich kolejkach 2020 roku wyglądał tak słabo?

– Pod koniec 2020 roku nękał nas koronawirus. Piłkarze mocno to odczuli stąd obóz przygotowawczy musiał być cięższy, żeby nadrobić braki. Parę dobrych tygodni zajmuje zawodnikom powrót do dobrej formy.

Ma pan kontrakt do czerwca. Przy obecnej formie ŁKS-u może warto wrócić na ławkę trenerską przed meczem z Arką?

– Wie pan, jest to pytanie z kategorii science-fiction. Trzeba mieć marzenia. To tak jakby mnie pan zapytał czy chciałbym lecieć na Zanzibar? Oczywiście, że bym chciał.

Najszczęśliwszy dzień w ŁKS-ie?

– Tak jak dla każdego, wygrane derby i te drugie zremisowane po niesamowitej drugiej połowie. Oprócz tego każdy dzień, który spędzałem w klubie i robiłem wszystko żebyśmy wrócili do ekstraklasy, tam gdzie nasze miejsce. Za mojej kadencji już się tak nie stanie, takie jest życie trenera. Są lepsze momenty, są gorsze. Do dziś nie rozumiem, czemu nie dano mi szansy dokończyć tego sezonu, ale mam też taką zasadę, że nie myślę o rzeczach, na które już wpływu nie mam. Jaki następny scenariusz napisze mi życie? Nie wiem.

Chcę wrócić do piłki i bardzo chciałbym na swojej drodze trenerskiej spotkać kilku piłkarzy, z którymi pracowałem w ŁKS.

ŁKS Wojciecha Stawowego wróciłby do ekstraklasy?

– Moja wiara w to, jak pracowaliśmy, graliśmy, jaką drużyną byliśmy, daje mi stuprocentowe przekonanie, że tak by było. To są za dobrzy zawodnicy, żeby tego nie zrealizować. Widziałem w jakim kierunku zmierzamy. Nie chcę się przechwalać, ale awansowalibyśmy. Nie wiem jak jest na chwilę obecną, ale w moim ŁKS-ie była drużyna, która szła za sobą w ogień. Te wszelkie filmy po meczach z szatni, to nie była żadna reżyserka, to były nasze spontaniczne reakcje. Były chęci, każdy za “przeplatankę” był gotowy na boisku zginąć. Każdy miał ogromną ambicję i wolę walki. Życie chce, żeby ŁKS wrócił do ekstraklasy. Wszystko w głowach piłkarzy i nowego trenera.

Jak pan spędza urlop?

– Życie trenera to spędzanie czasu poza domem. Teraz jestem z rodziną – żoną i najmłodszym synem Oskarem. Oglądamy mecze, gramy w grę Football Manager, gdzie układamy skład ŁKS. Oskar ma swojego ulubieńca – Michała Trąbkę, od którego zaczyna układnie składu. Mnie też z Michałem się świetnie pracowało. Oprócz tego czekam, aż zadzwoni telefon i da mi szansę objęcia nowej drużyny.

Pamięta pan pierwszą rzecz jaką pan zrobił w dniu odejścia z ŁKS?

– Nie za bardzo.

Przekazał pan na licytację koszulkę z autografami piłkarzami ŁKS na zbiórkę dla chorego dziecka.

– Ważne, jest pomagać do czego każdego zachęcam. Za pośrednictwem portalu dziękuję kibicom ŁKS za miłe słowa, które dostałem w mailach i SMS-ach.

Rozmawiał Filip Kijewski

Piłka nożna

ŁKS Łódźwojciech stawowy

Dodaj komentarz