Carlos Moros Gracia: zaginiony w akcji?

Reklama

Czas 4 min czytania

Gdy zimą ubiegłego roku Carlos Moros Gracia przychodził na al. Unii można było zastanawiać się co sprawiło, że piłkarz z jedenastki sezonu ligi szwedzkiej przechodzi do ekipy, która zmierza prostą drogą ku spadkowi na drugi poziom rozgrywkowy w Polsce. Od tego czasu wiele zdążyło się wydarzyć – Moros był w poprzednim sezonie podstawowym obrońcą ŁKS-u, strzelając bramki i asystując, lecz w trwającej kampanii ugrzązł na dobre na ławce rezerwowych. Koronawirusowe absencje oraz pauza Dąbrowskiego jawią się jako ostatnia szansa, by Hiszpan zaistniał w ŁKS-ie przed końcem swojego kontraktu.

Oczekiwania

Wychowanek Valencii; piłkarz z jedenastki sezonu ligi szwedzkiej; zawodnik, który próbował już swoich sił za oceanem i był tam wybierany na kapitana drużyny; czołowa postać swoich dotychczasowych klubów. Gdy Carlos Moros Gracia przychodził na al. Unii wydawało się, że ŁKS może mieć z niego sporo pociechy. Oczywiście malkontenci od razu wytknęliby mu, że po skończeniu cyklu szkolenia w Valencii trafił do Tercera Division, w Ameryce poznał smak futbolu jedynie na poziomie uniwersyteckim, a jego szwedzka drużyna spadła z Allsvenskan, ale rok temu naprawdę wydawało się, że przyjście Morosa może być dla defensywy łodzian ożywczym bodźcem, a sam piłkarz powalczy o stałe miejsce w wyjściowej jedenastce biało-czerwono-białych.

Reklama

Oczekiwania dodatkowo mogły podgrzewać napływające do Łodzi opinie o hiszpańskim obrońcy. -Od razu wywalczył sobie miejsce w wyjściowej jedenastce i nie oddał go przez dwa i pół roku. Latem 2019 roku został wybrany kapitanem drużyny. Nie boi się piłki, potrafi ją wyprowadzić, a także uczestniczyć w konstruowaniu akcji ofensywnych z własnej połowy. W tym aspekcie stylem przypomina trochę Victora Lindelöfa z Manchesteru United. Choć nie jest najwyższy, potrafi dobrze grać głową, w ten sposób strzelił między innymi ważnego gola w zwycięskim meczu z Kalmar – mówił w grudniu ubiegłego roku na łamach portalu 2×45.info Daniel Kristofferson ze szwedzkiej gazety Expressen, a nakreślona przez niego charakterystyka Carlosa Morosa Gracii sugerowała, że to piłkarz wprost skrojony pod styl gry preferowany przez ŁKS.

fot. ŁKS Łódź / A.P.P.A.

Rzeczywistość

Jak ocenić dotychczasowe występy Hiszpana w biało-czerwono-białych barwach? O wrażeniach estetycznych możemy dyskutować – jedni powiedzą, że rozedrgana i niepewna jesienią obrona ŁKS-u po przyjściu Morosa i Dąbrowskiego zyskała nieco spokoju i opanowania; inni wytkną zarówno jednemu, jak i drugiemu indywidualne błędy, które prowadziły do strat bramek. Jedni i drudzy nie będą w swoich argumentach pozbawieni racji, zatem wobec nieuniknionego fiaska dyskusji opartej jedynie na pojedynczych opiniach odłóżmy na bok subiektywne wrażenia estetyczne, by przyjrzeć się bliżej faktom i liczbom.

Reklama

Te są takie, że Carlos Moros Gracia po przyjściu do ŁKS-u momentalnie wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie i oddał je jedynie w feralnym wyjazdowym spotkaniu ze Śląskiem Wrocław (0:4) oraz wieńczącym sezon meczu z Koroną (wszedł na boisko w 71. minucie). W szesnastu meczach w barwach ŁKS-u strzelił łącznie dwie bramki (z Zagłębiem i Rakowem) oraz zaliczył jedną asystę (przy pamiętnym trafieniu Guimy dającym wyrównanie w ostatnich minutach meczu w Gdyni). Przed przyjściem Hiszpana na al. Unii ełkaesiacy tracili średnio 1,85 bramki na mecz. Po tym, jak na środku obrony miejsce Sobocińskiego i Rozwandowicza zajęli Moros i Dąbrowski wartość tej średniej spadła do 1,69.

W tym sezonie trener Stawowy konsekwentnie stawia na żelazny duet stoperów Dąbrowski-Sobociński, który nie dał mu jak dotąd poważniejszych powodów ku temu, by miał rozglądać się za zmiennikami. Moros (który z pewnością nie pomógł sobie kończącym poprzedni sezon meczem z Koroną, kiedy wszedł na boisko przy stanie 0:0 i był poważnie zamieszany w obie stracone przez łodzian bramki) został z kolei przyspawany do ławki rezerwowych. To dla niego przykra odmiana – w ostatnich trzech sezonach był przecież podstawowym graczem swoich klubów. Nie podniósł się z niej aż do sobotniego meczu Fortuna Pucharu Polski z Unią Janikowo, w którym Stawowy wobec nieobecności trzech podstawowych defensorów musiał całkowicie przegrupować linię obrony. Dodatkowo sytuacja hiszpańskiego obrońcy skomplikowała się latem, po przyjściu na al. Unii Rumuna Daniela Celei, który stał się kolejnym poważnym kandydatem w walce o miejsce w pierwszym składzie. Pozycję Rumuna w klubie wzmacnia długi (oczywiście jak na ełkaesiackie standardy) kontrakt – obowiązuje on do czerwca 2023 roku, a zatem dwa lata dłużej niż umowa Morosa.

fot. Instagram @carmogra

Ostatnia szansa?

Sam główny zainteresowany wystąpił niedawno przed kamerami ŁKS TV. Była to jedna z niewielu okazji ku temu, by posłuchać Hiszpana, który nie włada językiem polskim zbyt swobodnie i rzadko pojawia się w mediach. Piłkarz jest świadomy tego, ile pracy musi wykonać na treningach, by otrzymywać szanse od trenera Stawowego -Jestem tu po to, aby grać i aby cieszyć się grą. Ciężko trenuję, aby zapracować na swoje minuty – podkreślał.

W najbliższej ligowej kolejce przed Morosem może się otworzyć jedna z ostatnich szans na to, by udowodnił trenerowi swoją wartość i zaistniał w ŁKS-ie przed końcem umowy, która wygasa w czerwcu przyszłego roku.

Według słów Wojciecha Stawowego nieobecni w Janikowie obrońcy są już gotowi do gry, jednak w starciu z Chrobrym Głogów krakowski szkoleniowiec nie będzie mógł skorzystać z usług Macieja Dąbrowskiego, który uzbierał zbyt wiele żółtych kartek i będzie musiał pauzować. Stawowy zapowiedział już, że w tej sytuacji postawi na kogoś z duetu Carlos Moros Gracia – Daniel Celea. Jeśli szansę dostanie Hiszpan, bez wątpienia będzie miał podwójną motywację do tego, by zaprezentować się z jak najlepszej strony. Z pewnością musi zdawać sobie sprawę z tego, że po powrocie Dąbrowskiego skład linii obrony znów zostanie zabetonowany i były kapitan GIF Sundsvall przed końcem swojej umowy może nie dostać zbyt wielu okazji ku temu, by przypomnieć sobie zapach murawy.

Przed Carlosem Morosem Gracią niełatwa walka o to, by po grze na polskich boiskach zostało mu coś więcej niż miłe wspomnienia ekstraklasowych bramek i biało-czerwono-biała koszulka, którą latem tego roku przywiózł do rodzinnego domu. Kluczowy moment dla tej walki już w tę sobotę.

fot. wyróżniająca: ŁKS Łódź

Piłka nożna

ŁKS Łódź

Reklama

Dodaj komentarz