Dwa zęby Tupy

Reklama


Czas 4 min czytania

Agresywne zachowanie miejscowych od pierwszych minut meczu, nasz lewy obrońca trafiony kamieniem i zabrany do szpitala z potrzaskanymi zębami, konieczność dogrania meczu do końca a wreszcie wyjazd ze stadionu pod ochroną żołnierzy z nabitymi karabinami – można być pewnym, że żaden były piłkarz Widzewa takiego spotkania, jak Mateusz Cetnarski na stadionie Mao w stolicy Zanzibaru jeszcze nie grał.

Pisałem na tych łamach o początkach budowania w Jambiani nad Oceanem Indyjskim drużyny Pili Pili Dulla Boys, z którą chcemy awansować do Zanzibar Premier League.

Pisałem, jak polscy piłkarze powinni doceniać warunki, jakie mają i w jakich grają, choć właściwie tyczy się to każdego z nas urodzonego w Łodzi – od dziecka niczego nam nie brakuje.

Reklama

Widać to oczywiście lepiej z dystansu – na przykład wtedy, gdy trafiasz do Afryki i widzisz, że marzeniem dziecka staje się para piłkarskich butów i najgorsza nawet piłka, o równym placu do gry nawet nie wspominając. Dlatego tak warto o tym przypominać.

Dzieciom ciężko jest docenić to, co mają, ale bogatemu też trudno biednego zrozumieć. Piłkarz niższej nawet klasy, który jednak z kopania futbolówki żyje, patrzy pewnie z politowania godnym uśmiechem na chłopaków z zaplecza zanzibarskiej Premier League. I nawet sobie sprawy nie zdaje, ile ich kosztuje walka o marzenia, które dla wielu pozostaną nierealne.

Wejście Pili Pili do drużyny piłkarskiej i początek poważnego sponsorowania zespołu Dulla Boys przez polską sieć hotelową działającą w Jambiani zrobiło sporo szumu na całym Zanzibarze. Gdy wzmocnił nas Mateusz Cetnarski, były reprezentant Polski, na mecze zaczęło chodzić sporo ludzi, by zobaczyć gracza bardzo jednak egzotycznego, a przy tym potrafiącego świetnie grać w piłkę. Na naszym meczu w Kinyasini było ponad 2 tysiące ludzi, a po wygranej 2:0 z miejscowym zespołem dostaliśmy spore oklaski. Miejscowy szef klubu proponował nawet, byśmy domowe mecze grali właśnie u nich i sporo na tym zarabiali.

Reklama

– Bo tutejsi kibice kochają futbol, a wy gracie, jak nikt inny – mówił po meczu.

Wychowanek łódzkiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego każdego dnia udowadnia, że dobrze go tam wychowano – podobnie zresztą, jak w domu, w rodzinnej Kolbuszowej. Jest nie tylko dobrym trenerem, który przez kilka tygodni sprawił, że trenujący ze sobą przez kilka dobrych lat chłopcy przestali kopać piłkę, a zaczęli w nią grać, ale przede wszystkim dobrym człowiekiem, który troszczy się o każdego z nich. Wielu nie znało takiej troski nawet z domów. Pokochali więc białego mzungu, jak określa się w swahili przybysza z innego kontynentu, a ten pokochał ich, zmieniając nie tylko sposób gry, ale i mentalność. A łatwe to nie było i wciąż nie jest. Mateusz Cetnarski nigdy nie był jednak piłkarzem typowym – zamiast na ekskluzywne wczasy zaraz po sezonie jechał do rodzinnej Kolbuszowej i organizował koncert dla dzieci oraz piłkarską fetę Futbolowa Kolbuszowa. Już w Polsce chciał coś robić dla innych.

W Afryce się odnalazł. Po długich perypetiach udało się zgłosić go do rozgrywek, już w debiucie strzelił gola. Co ciekawe mecz z Uhamiaji był jedynym przegranym po jego wodzą, a sam wszedł na boisko dopiero przy stanie 0:2, by nie zabierać miejsca tym, którzy wcześniej tak dobrze się spisywali.

Obecny bilans trenera Cetnarskiego to siedem wygranych, jeden remis i jedna porażka. Całkiem nieźle, jak na kogoś, kto nigdy nie chciał być trenerem, prawda?

Przed miesięczną przerwą na ramadan, gdy nasi gracze cały dzień poszczą, graliśmy mecz w stolicy, na sztucznej murawie stadionu Mao. Rywalem Jang’ombe Boys, czyli zespół, z którym pierwszego meczu nie dokończyliśmy, bo ich piłkarze wszczęli bójkę na boisku, a potem poprawili kibice i sędzia szybkim krokiem opuścił obiekt w 89. minucie, nie kończąc spotkania. Federacja podjęła dziwną decyzję o obustronnym walkowerze (w momencie ucieczki arbitra było 2:2) a najgorsi kibice w lidze wmawiali sobie, że to nie z ich winy a naszej. Gdy więc doszło do rewanżu, od początku obrażali nas na trybunach i graczy na boisku, a po bramce na 2:0 dla Pili Pili Dulla Boys posypały się kamienie. Jeden trafił w twarz naszego lewego obrońcę, Hajiego Tupę. Zaczęły się najbardziej dramatyczne minuty, jakie pamiętam na jakimkolwiek obiekcie. Staliśmy wszyscy na murawie, a nasi piłkarze, twarde przecież chłopy, płakali widząc zakrwawionego kolegę. Odnieśliśmy go do taksówki, wysłaliśmy do szpitala (służb medycznych na meczu nie ma) i zadzwoniliśmy po wojsko oraz policję, których reprezentantom… musieliśmy sporo zapłacić. Gdy szykowaliśmy się do ewakuacji, okazało się, że agresorzy z Jang’ombe złapali sędziów i wywarli taki nacisk na związkowe delegata, że kazał nam grać dalej! Dograć ostatnie 20 minut mimo dramat Tupy!

To nie był sport. Pierwszy raz w życiu czułem się zagrożony na obiekcie piłkarskim. Tak nie było nawet w Podgoricy, gdy Czarnogórcy ranili racą Przemysława Tytonia.

Zagraliśmy, by nie doszło do tragedii, bo na trybunach nawet dzieci miały w rękach kamienie. Straciliśmy gola w tych koszmarnych 20 minutach, ale wygraliśmy- choć wynik miał małe znaczenie. Myśleliśmy tylko, by dotrwać do gwizdka i by pod opieką uzbrojonych żołnierzy, którzy wreszcie przybyli w większej liczbie, opuścić stadion.

Piłkarze pojechali pod eskortą do Jambiani (policja bała się, że chuligani zrobią zasadzkę po drodze), a my do szpitala. W jednym usunęli już Tupie odłamki dwóch przednich zębów, ale szybko wzięliśmy go do prywatnego, najlepszego w kraju. Po kilku godzinach mieliśmy już wyniki tomografii naszego gracza, a także innych badań. Lekarz przyznał, że gdybyśmy do niego nie przyjechali, wdałoby się zakażenie i młody chłopak straciłby szybko wszystkie zęby.

Walka o zdrowie Tupy wciąż trwa, ale teraz wszystko jest na dobrej drodze. Właściciel Pili Pili Wojtek Żabiński powiedział, że sam pokryje wszystkie koszty, łącznie z tymi, wstawienia Tupie nowych zębów – choć ten nawet tego nie oczekiwał. Pili Pili swoich ludzi jednak nie porzuca.

W głowie mamy myśli – a gdyby coś takiego spotkało gracza innej drużyny, bez takiego zaplecza, jak nasze? Ludzie z Jang’ombe (dzielnica stolicy, Stone Town), których grupa chodzi na mecz to zwykli bandyci, mogą znów uderzyć. Czy trafiony kamieniem zawodnik zostałby otoczony opieką, czy był zdany na szczęście, które pomogłoby się wyleczyć? Albo i nie pomogło…

Kochani piłkarze – doceńcie to, co macie w Polsce. Paru graczy Dulla Boys, gdyby tylko mieli możliwość treningu na prostej murawie (walczymy z tematem sprowadzenia do Jambiani sztucznej trawy) z pewnością grałoby lepiej niż wielu znanych mi ligowców.

Przynajmniej dwóch chłopców wciąż ma szanse trafić do lepszego piłkarskiego świata, ale przed nimi droga daleka, bo wymaga też ciężkiej pracy nad wieloma aspektami życia codziennego.

A wielu z Was, słabszych często od naszych Dulla Boys, ma warunki wręcz komfortowe. Tu pojawia się przede wszystkim pytanie, co włożyć każdego dnia do garnka, a nie jakie buty włożyć na trening.

Reklama

Piłka nożna

piłka nożna

Dodaj komentarz