Lionel Messi to piłkarz wybitny, jeden z najlepszych w historii. Ale czy najlepszy, jak czytam i słyszę po mistrzostwach świata w Katarze? Tego nie wie nikt i nie da się tego sprawdzić.
Piłka nożna to nie bieg na 100 m czy skok wzwyż, gdzie stosunkowo łatwo wskazać kto jest najlepszy obecnie, a kto był w historii. Piszę “stosunkowo”, bo nie wiadomo, czy Jesse Owens, czerokrotny mistrz olimpijski z 1936 roku, na tartanowej bieżni nie pobiegłby szybciej niż Usain Bolt. Amerykanin nie miał przecież do dyspozycji laboratoriów z kosmicznymi technologiami pomagającymi w treningach, a na szutrowej bieżni przebiegł sprinterski dystans w 10,2 sekundy.
Z porównaniami piłkarzy sprawa jest dużo bardzie skomplikowana, a rozstrzygnięcia nieoczywiste. Lionel Messi, nazywany po katarskim mundialu “Bogiem futbolu”, ma w dorobku wszystkie trofea możliwe do zdobycia w naszych czasach. Ostatnim brakującym było mistrzostwo świata. Pele ma w kolekcji aż trzy mistrzowskie tytuły – pierwszy wywalczył z Brazylią, gdy miał 18 lat, a ostatni – wieku 30 lat, w 1970 roku. Ligi Mistrzów nie wygrał, bo nigdy nie grał w europejskim klubie, za to dwa razy zdobył z Santosem Puchar Interkontynentalny, podobno kiedyś trofeum dużo bardziej prestiżowe niż dzisiaj.
Co waży więcej przy wyborze “króla futbolu”? Można się licytować w nieskończoność. A może lepszy był Diego Maradona, który w mistrzostwach świata w Meksyku potrafił sam niemal sam wygrywać mecze, niekoniecznie zgodnie z zasadą fair play.
Wielkim piłkarzem był Franz Beckenbauer, który miał trudniej od wymienionej wyżej trójki, bo był obrońcą. Wpływ na piłkę nożną miał ogromny, bo jako jeden z pierwszych libero, czyli stoperów grającyj najgłębiej, grał bardzo ofensywnie, strzelając w karierze 108 goli.
Gdyby polskich kibiców zapytać, kto był najlepszym naszym piłkarzem w historii, odpowiedzi byłoby wiele. Robert Lewandowski strzela mnóstwo goli, gra w najbogatszych, a przez to najlepszych klubach, jednak nie ma na koncie żadnego medali najważniejszych imprez. A takie mają Kazimierz Deyna, na którego wskażą zapewne fani Legii Warszawa, i Zbigniew Boniek. Ten ostatni wygrał z Puchar Europy, czyli ówczesną Ligę Mistrzów. Fani ze Śląska zapewne wskazaliby na Włodzimierza Lubańskiego, piłkarza – jak czytam i słyszę – o największym talencie, jednak niespełnionym przez kontuzję.
Przenosząc problem na łódzki rynek, można się spierać, czy w ŁKS Jerzy Sadek był lepszy od Jacka Ziobera? A kto był najlepszym trenerm w historii Widzewa: koronowany przez kibiców na króla Franciszek Smuda, a może Władysław Żmuda, który doprowadził drużynę do najlepszej czwórki w Europie?
Wszystkie te porównania i przyznawane zaszczyty są bardzo subiektywne, bo jeszcze nikt nie wynalazł sposobu na porównanie ludzi, których sukcesy dzielą dziesiątki lat. I nie przypuszczam, żeby pomogła nawet sztuczna ineligencja, skoro do dziś nie wiemy, czy gol Geoffa Hursta zdobyty w finale w 1966 roku był prawidłowy, czy może Azer Tofik Bachramow, sędziujący na linii, pomylił się uznając, że piłka odbiła się od poprzeczki i za linią bramkową.
Dziś najlepszy jest Messi, wcześniej królował Maradona, w przed nim byli Beckenbauer i Pele. A jedynego króla nie było i nie będzie, bo “umarł król, niech żyje król”.
Franciszek SmudaŁKS Łódźmistrzostwa świataWidzew ŁódźWładysław Żmuda