Reklama
Reklama
Reklama

Łukasz Madej: „Nie znam drugiego takiego klubu jak ŁKS”

Czas 7 min czytania
Łukasz Madej: „Nie znam drugiego takiego klubu jak ŁKS”
Reklama

– Zawsze chciałem skończyć karierę w ŁKS-ie i proszę nie wierzyć plotkom, że sprawa rozbiła się o finanse – o swojej karierze i problemach ŁKS-u mówi Łukasz Madej, jego wychowanek.

Reklama

Dwadzieścia lat minęło, odkąd reprezentacja Polski do lat 19, z panem w składzie wywalczyła mistrzostwo Europy. Dlaczego przez tyle czasu żadnemu rocznikowi nie udało się powtórzyć tego sukcesu?

Łukasz Madej: Trudne pytanie. Byliśmy wyjątkowym rocznikiem, który wygrał wicemistrzostwo i mistrzostwo Europy. To był ewenement na skalę światową. Nawet najlepsze młodzieżówki, takie jak Niemcy, czy Hiszpania, nie osiągają takich sukcesów. Już wtedy zdawaliśmy sobie sprawę, że zrobiliśmy dla polskiej piłki coś, czego długo nie uda się nikomu powtórzyć.

Reklama

Czuje się pan piłkarzem spełnionym? Po takim sukcesie na pewno pojawiały się myśli o grze na najwyższym, europejskim poziomie?

– Patrząc na to, jaki mieliśmy potencjał, nikt nie może być do końca zadowolony z kariery jaką zrobił. Gdybyśmy odnieśli ten sukces w obecnych realiach, zrobiliśmy dużo większe kariery.

Kilku zawodników grało w reprezentacji, kilku się o nią otarło, ale uważam, że jesteśmy zmarnowanym rocznikiem. Mogliśmy osiągnąć dużo więcej. To były dzikie czasy.

Reklama

W środowisku częściej spotykaliśmy się z zazdrością niż z podziwem. Nikt nie dbał o losy ludzi, którzy byli w mistrzowskim zespole.

Co zmieniło się w łódzkim szkoleniu, że więcej nie dochowało się drugiego takiego rocznika jak wasz?

– Oczywiście później było kilku utalentowanych piłkarzy, natomiast my byliśmy ostatnim pokoleniem z podwórka. Cieszyliśmy się graniem w piłkę. ŁKS już wtedy miał świetne warunki i świetną bazę treningową. Mieliśmy kilka boisk, razem z SMS-em byliśmy główną siłą jeżeli chodzi o szkolenie w Polsce. Niezłe warunki swoją drogą, ale większości uczyliśmy się na podwórkach. Teraz młodzież trenuje głównie w akademiach.

Reklama

W akademii ŁKS-u jest kilku utalentowanych chłopaków, którym trzeba dać szansę, ale mimo tego pięknego obiektu na Minerskiej, oglądałem niedawno mecz młodych ełkaesiaków i byłem zażenowany poziomem. Brakuje kreatywności, gry jeden na jednego. Zamiast tego jest sztywne trzymanie się taktyki i przesuwanie. Nie widać radości z piłki. Rozumiem, że przygotowanie taktyczne jest bardzo ważne, ale jeżeli nie lubisz tego co robisz, to po co w ogóle grasz? Trenerzy na szkoleniach uczą być może potrzebnych rzeczy, ale nie można starać się ich wdrożyć za wszelką cenę. Od naszych czasów w szkoleniu wiele rzeczy zmieniło się na lepsze. Z drugiej strony mamy takie dziwne czasy, że młodzież, od której moglibyśmy oczekiwać przede wszystkim kreatywności, zawodzi w tym aspekcie. Młodzi piłkarze są hamowani. Nie wiem, czy to wina trenerów, czy systemu szkolenia. Każdy kraj ma swój system, ale w Hiszpanii, Holandii, krajach, które produkują najlepszych piłkarzy na świecie najważniejsza jest radość z gry.

Któryś z młodych piłkarzy ŁKS-u będzie nowym Madejem?

– Nie wiem, czy wśród młodzieży ŁKS-u widzę nowego Madeja. Skoro Janek Sobociński popełnia masę błędów i idzie za siedmiocyfrową kwotę do USA, to jest wręcz nieprawdopodobne. Ze mną grali dużo lepsi: Paweł Golański i Robert Sierant i nigdy nikt nie zaoferował za nich takich pieniędzy. Może Golo zbliżył się do tej kwoty transferem do Steauy Bukareszt, ale był już wtedy piłkarzem o określonej renomie. W obecnych realiach piłkarze, którzy wywalczyli wtedy mistrzostwo Europy, kosztowaliby po dziesięć milionów euro. Uważam, że jakość piłkarzy z rocznika na rocznik jest gorsza. My stanowiliśmy grupę ludzi, która osiągnęła sukces, bo była ze sobą zżyta. Oprócz umiejętności piłkarskich byliśmy dobrani charakterologicznie.

Reklama

ŁKS jest dobrze dobrany charakterologicznie?

– Brakuje przywódców. ŁKS łatwo jest przeczytać. Zbudowano drużynę wokół jednego określonego schematu. Podziwiam, kiedy klub pierwszoligowy stara się grać w piłkę, zamiast kopać ją i przesuwać, ale to wszystko musi mieć ręce i nogi. ŁKS nie jest zbilansowany jako drużyna. Od kilku okienek transferowych popełnia się te same błędy. Oczywiście w tej drużynie jest dużo pozytywnych postaci, piłkarzy, którzy imponują wyszkoleniem, ale jest też bardzo dużo negatywów.

Nie obwiniam zawodników, przecież zostali tu przez kogoś ściągnięci. Sami nie przyszli. Ktoś ich wybrał i teraz trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wybrał dobrze?

Reklama

Skoro wyniki są niesatysfakcjonujące to wybrał źle. Ostatnie okienko zostało zawalone przez dyrektora sportowego Krzysztofa Przytułę?

– ŁKS jest budowany źle dużo dłużej niż dwa ostatnie okienka. Kibice zaczynają widzieć, co się dzieje. Klub jest bardzo ładnie opakowany, marketingowo to wszystko nieźle wygląda. Codziennie w mediach społecznościowych oglądamy nowe zdjęcia piłkarzy. Niestety, o tym jak jesteś odbierany, decyduje wynik sportowy. W ŁKS-ie wynik jest daleki od zadowalającego.

Jaki jest obecnie największy problem ŁKS-u?

Reklama

– ŁKS ma problemy organizacyjne, jest źle zbudowany, piłkarzy dręczą kontuzje. Trudno jest trenerowi poukładać zespół, żeby grał na wysokim poziomie, kiedy co chwilę wypada jakiś zawodnik. Do tego, w jakim miejscu jest ŁKS i jaki poziom prezentuje, nie doprowadził trener Vicuna, który moim zdaniem i tak wykonuje bardzo dobrą robotę. Trzeba cofnąć się do błędów w budowie drużyny, które popełniane są od dawien dawna. Chciałbym, żeby ktoś policzył, ile w ostatnich latach było nietrafionych transferów? Nie było planu B, wszyscy sprowadzeni piłkarze byli sztywno dobierani pod jeden określonych kierunek, którym ŁKS bezrefleksyjnie podąża.

Problemy organizacyjne wpływają na grę piłkarzy?

– Zawodnicy na boisku nie myślą o tym, że ktoś im nie zapłacił przez miesiąc czy dwa. Na osiągane przez ŁKS wyniki składają się inne czynniki. Wiem, że kibice myślą, że „nie ma sianka, nie ma granka”, ale to nie jest tak, że ktoś nie płaci i piłkarzowi odechciewa się grać. Każdy, kto przeżył trochę w piłce, o tym wie.

Mikkel Rygaard odszedł z ŁKS-u, bo mu nie płacono fot. Marian Zubrzycki

Który transfer ŁKS-u najbardziej nie spełnił pana oczekiwań?

– A który spełnił? Nie chcę używać nazwisk, bo nie chcę uderzać w chłopaków, którzy nie są winni, że tu się znaleźli. Ich pojawienie się na al. Unii to są rozgrywki menedżerów, dyrektora sportowego i tak zwanego środowiska. Trzeba przyznać, że było kilka ciekawych ruchów. Niestety procent udanych transferów jest zawstydzający. Z ust dyrektora słyszmy, że jest niezwykle jakościowym pracownikiem ŁKS-u, a wyniki coraz słabsze.

Przy transferach w oczy kłują również koneksje, ale to dużo bardziej skomplikowany temat.

Zna pan w Polsce inne agencje menedżerskie niż BMG Sport, który w ŁKS-ie ma najwięcej piłkarzy?

– Znam, ale wygląda na to, że dyrektor Przytuła nie zna. Zwycięzców się nie sądzi. Gdyby ŁKS odniósł sukces, to nikt nie kwestionowałby posunięć transferowych. Nawet po awansie do ekstraklasy patrząc na niektóre ruchy zapalała mi się w głowie czerwona lampka. Przewidywałem, że będzie spory problem z utrzymaniem. Widziałem rzeczy, których nie widzieli ludzie zaślepieni propagandą sukcesu. Wtedy też zawodnicy w większości przyszli z jednej agencji. Każdy ma prawo wybierać jak chce, powtarzam, że zwycięzców się nie sądzi. Problem w tym, że teraz wśród zarządzających klubem są sami przegrani. Ich trzeba rozliczyć i osądzić. Tak jest w sporcie, tak jest w polityce. Nie robisz wyników, nie ma dla ciebie miejsca. Owoce twojej pracy cię zweryfikowały. Owoce pracy ekipy rządzącej ŁKS-em są takie, że klub popadł w poważne tarapaty finansowe.

Nie boi się pan mocnych słów. Przez to popadł pan w ŁKS-ie w niełaskę?

– Nie wiem, dlaczego w pewnym momencie stałem się wrogiem ŁKS-u. Byłym zawodnikom składa się życzenia urodzinowe, mi nie. Nie byłem zaproszony na uroczystości związane z rocznicą mistrzostwa juniorów młodszych. Zamiast mnie pojawi się trener bramkarzy, który w tej drużynie nie znaczył wiele. ŁKS nie chce przyznawać się do Madeja, tak jakby wstydem dla nich było, że w biało-czerwono-białej koszulce zdobyłem dwa mistrzostwa Polski. To jest pewien rodzaj propagandy ludzi zarządzających ŁKS-em. Myślę, że dyrektor Przytuła nie zniósłby w swoim towarzystwie obecności kogoś lepszego, mądrzejszego od siebie, bardziej lubianego w środowisku.

Jest mi przykro, że ktoś postanowił wykreślić mnie z historii tego klubu. Na pewno jest jakaś grupa kibiców, która ma do mnie żal za to, co mówię w mediach. Ale ja mówię tylko i wyłącznie prawdę. Potrafię pochwalić dobre ruchy, ale od dwóch lat ŁKS to równia pochyła. Mówi się o boiskach i stadionie… Przecież to są obiekty miasta, a nie ŁKS-u i jakoś nie widzę, żeby ktoś bił za nie pokłony przed prezydent Zdanowską.

Fajnie, że władze klubu mają jakiś plan na szkolenie, ale przecież nie osiągają satysfakcjonujących wyników w juniorach. W Centralnej Lidze Juniorów jest jedna drużyna, jednak już SMS wygląda lepiej, bo z sukcesami radzi sobie, w każdej z centralnych lig. Gdyby organizacja w ŁKS-ie była na takim poziomie, jak opowiadają włodarze, to juniorzy w każdym roczniku bili by rówieśników na głowę. Bardziej świadomi kibice zdają sobie sprawę, że nigdy nie powiedziałem na klub złego słowa, po prostu krytykuję działania rządzących. Wiele osób po czasie zaczęło przyznawać mi rację.

Może nie grałem długo w ŁKS-ie, ale jestem z nim związany całe życie. Tu się wychowałem, od dziecka chodziłem na mecze, kibicowałem. Moim marzeniem było skończyć karierę w ŁKS-ie, ale przez niektórych ludzi to się nie udało.

Jak pan się poczuł kiedy ŁKS panu odmówił, a miesiąc później wziął na tą samą pozycję niewiele młodszego Łukasza Piątka?

– Poczułem się jak zwykła szmata, tak potraktowali mnie rządzący ŁKS-em. Było mi bardzo przykro. Nie oczekiwałem wtedy wielkich pieniędzy. Oczywiście, wracałem wtedy po kontuzji, ale mogliśmy się dogadać. Zgodziłbym się na każdą ofertę. Chodziło mi o zwykłe zarejestrowanie mnie w ZUS-ie i gdybym nie udowodnił przez pół roku, że się nadaje to odszedłbym. Zawsze chciałem skończyć karierę w ŁKS-ie i proszę nie wierzyć plotkom, że sprawa rozbiła się o finanse. Mógłbym grać nawet za 500 złotych miesięcznie. Niestety zabrakło dobrej woli ze strony rządzących.

Zna pan drugi klub piłkarski, w którym dyrektor sportowy ma tak mocną pozycję?

– Nie znam i myślę, że nie poznam. Można komuś zaufać, dać mu więcej przywilejów, ale trzeba rozliczać jego pracę. Ja swoich pracowników staram się rozliczać. W każdej firmie jeżeli nie robisz określonego wyniku, wylatujesz. Z drugiej strony nie wiemy, czego prezes Salski oczekuje. Może dział sportowy osiąga określone przez niego rezultaty, tylko jakie one są? W tym momencie nie ma ani wyników sportowych, ani finansowych.

Z trenerem Vicuną znacie się ze Śląska Wrocław. Co pan o nim sądzi?

– Kibu znam odkąd był asystentem trenera Urbana. Bardzo dobrze się uzupełniali. To była świetna para trenerów. Mam o nim jak najlepsze zdanie. Ma dużą wiedzę na temat piłki, doświadczenie w Legii, Śląsku, Lechu. Dla mnie jego zatrudnienie to był bardzo dobry ruch. Problem, tak jak wspominałem, nie leży w trenerze…

ŁKS musi przetrzymać gorszy okres i wróci na prostą?

– ŁKS już przetrzymuje gorszy okres. Niektórzy piłkarze naprawdę dają dużo jakości. Wyróżniają się Hiszpanie, zawodnicy sprowadzeni z ekstraklasy. Oni mają określone umiejętności, ale czy do nich nie powinno się dobierać zawodników o innym profilu? Skoro dziesięciu gra na fortepianie, to kto ten przysłowiowy fortepian będzie nosił? Problemem są też te niejasne sytuacje. Nie ma w Polsce drugiego klubu, który w takim stopniu byłby uzależniony od jednej agencji.

Przed władzami klubu być może najważniejsze okno transferowe od lat. Gdyby miał pan przewidzieć: co wydarzy się w klubie?

– Zostaną dokonane transfery zewnętrzne. Jeśli sytuacja jest zła, to gdzieś trzeba szukać pieniędzy. Myślę, że ŁKS i tak będzie się kręcił gdzieś w okolicach czołówki. O awans bezpośredni będzie trudno, ale baraże są jak najbardziej w zasięgu.

Z Łukaszem Madejem rozmawiał Filip Kijewski

Piłka nożna

ŁKS ŁódźŁukasz Madej

Dodaj komentarz

Reklama