Mroczkowski nie popada w panikę. Smuda chciał wysyłać na leczenie

Reklama
Czas 2 min czytania

W niedzielę w rozgrywkach drugiej ligi dojdzie do spotkania drużyn, którym wiosna nie służy. Widzew w tym roku zdobył sześć punktów na dwanaście możliwych, a Górnik Łęczna cztery. Teoretycznie obie drużyny walczą o awans, ale porażka gospodarzy praktycznie skaże ich na grę o nic.

Dla Smudy będzie to wyjątkowe spotkanie. Wiadomo, uznawany jest za legendę Widzewa. Pod wodzą tego szkoleniowca klub z al. Piłsudskiego świętował ostatnie sukcesy w historii. Były selekcjoner często wracał na ławkę trenerską łódzkiego zespołu, ale nic już z nim wielkiego nie osiągnął. Ostatni pobyt w Łodzi to rozstanie przed ostatnią kolejką. Chodź Widzew był liderem w rozgrywkach III ligi działacze uznali, że zmiana na stanowisku szkoleniowca jest konieczna. Do Ostródy zamiast Smudy pojechał Radosław Mroczkowski.

Były selekcjoner wylał swoje żale w wywiadzie udzielonym łódzkiemu dodatkowi “Gazety Wyborczej”. – Takiego czegoś jeszcze mi nikt nie zrobił przez całe życie. Ja zrobiłem dla Widzewa bardzo dużo. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się jego losy, gdybyśmy w sierpniu ubiegłego roku nie przyszli do klubu z całym sztabem. Ale zrobić mi coś takiego na sam koniec… Zostały trzy dni do ostatniego meczu. Byliśmy liderem, a ja jako trener zostałem wyrzucony. Takiej krzywdy jeszcze nikt mi nie zrobił. Przyszedłem do klubu w III lidze, ciągle to powtarzałem i na koniec tak zostałem potraktowany. Nie zapomnę tego do końca życia – narzekał „Franz”.

Reklama

Od tego czasu minęło kilka miesięcy. Smuda zapewne ochłonął. Na początku listopada ubiegłego roku podjął się kolejnego zadania – wprowadzenia Górnika Łęczna do pierwszej ligi. – Można powalczyć o awans i na pewno będziemy to robili. Jednak ten zespół musi być wzmocniony, zwłaszcza w środkowej strefie, gdzie potrzebujemy doświadczonych zawodników, którzy potrafią unieść ciężar gry – mówił po podpisaniu kontraktu były selekcjoner.

Zimą do Łęcznej trafiło wielu piłkarzy, w tym znani z występów w Widzewie: Marcin Pigiel, Mateusz Cetnarski i Jakub Kowalski. Wzmocnienia nie przyniosły pożądanego efektu. Górnik w tym roku zdobył zaledwie cztery punkty. U siebie wygrał z Resovią (1:0) i zremisował 1:1 z Elaną Toruń. Na wyjazdach przegrał 0:2 z GKS Bełchatów i w ostatniej kolejce 1:6 z Olimpią Grudziądz.

– Gdyby po pierwszej połowie ktoś mi powiedział, że przegramy tu 1:6, to bym powiedział, że jest nienormalny albo chory na coś – podsumował ten wynik Smuda. Jego drużyna do 66. minuty remisowała 1:1. Po czerwonej kartce dla Piotra Rogali straciła pięć goli w siedemnaście minut. – Te bramki padały jak z nieba. Strzał po strzale, wszystko wchodziło. Niestety, trzeba to przełknąć. Nie pamiętam, kiedy tyle przegrałem w życiu, ale kiedyś też się coś przegrało. Oby tego nie było więcej – dodał Smuda.

Reklama

Widzew wiosną punktuje niewiele lepiej od Górnika – sześć oczek. Na dodatek nie potrafi zagrać na zero z tyłu. W tygodniu działacze spotkali się z trenerem. – Jeśli nie ma optymalnych wyników i zdobyczy punktowych, to każdy się niepokoi. Myślę jednak, że nie ma co popadać w panikę, bo byłoby to też przerysowanie całej sytuacji – uspokaja Mroczkowski.

Widzew pozycję wicelidera zawdzięcza obecnie jednak nie tyle swojej dobrej postawie, co wynikom osiąganym przez rywali, którzy również grają chimerycznie. W Łęcznej ma nastąpić odrodzenie Widzewa. – Bardzo ważne jest to, żebyśmy w końcu nie stracili bramki, ale chcielibyśmy przede wszystkim zagrać dobry, skuteczny mecz i strzelić jednego gola więcej niż przeciwnik – zapowiada Mroczkowski.

Fot. Cyfrasport

Piłka nożna

Widzew Łódź

Dodaj komentarz