Reklama
Reklama
Reklama

Stracone punkty. Bezbarwny ŁKS tylko remisuje w Sosnowcu

Czas 3 min czytania
Stracone punkty. Bezbarwny ŁKS tylko remisuje w Sosnowcu

Pirulo w barwach ŁKS-u (fot. Marian Zubrzycki)

Dobrze, że na otwarcie stadionu ŁKS-u sprzedało się już tak wiele biletów, bo po tym, co ełkaesiacy pokazali w Sosnowcu, nikt raczej do kas biletowych nie popędził. Pomimo tego, że oglądaliśmy starcie szóstej z trzynastą drużyną tabeli, po obrazie gry naprawdę trudno było się zorientować, który z rywalizujących zespołów jest wyżej notowany. Jeśli ŁKS nie będzie wygrywał w takich meczach, może zapomnieć o Ekstraklasie.

Obie drużyny rozpoczęły mecz z aktywnym nastawieniem. Zarówno Zagłębie, jak i ŁKS podchodziły wysoko w pressingu i chciały szybko transportować piłkę pod bramkę rywala. Po początkowym etapie wymiany ciosów, w którym gra przenosiła się co i rusz spod jednego pola karnego w drugie przewagę zaczęli zyskiwać gospodarze. Podopieczni Artura Skowronka utrzymywali się przy piłce dłużej niż rywale i oskrzydlającymi akcjami starali się stwarzać zagrożenie pod bramką strzeżoną przez Marka Kozioła.

Reklama

Kiedy ełkaesiacy odzyskiwali wreszcie piłkę, ich gra mogła się jednak podobać. Wyprowadzane przez nich akcje były sprawne i było w nich widać coraz więcej automatyzmów i pomysłu: rozegrań na jeden kontakt, obiegnięć; kreatywnych, nieszablonowych dograń, ruchu bez piłki. Prym wiódł w nich zwłaszcza Kelechukwu, który był od pierwszej minuty bardzo aktywny w grze ofensywnej. Takich sytuacji nie widzieliśmy jednak za często, bo ełkaesiacy pozwalali rywalom na zbyt wiele, a kiedy już dochodzili do piłki często kasowali własne akcje niedokładnymi zagraniami. Podopieczni Marcina Pogorzały tak naprawdę sami kusili los, oddając inicjatywę w ręce gospodarzy.

Cenę za brak dyscypliny w obronie biało-czerwono-biali powinni zapłacić w 32. minucie, ale w ostatniej chwili uratował ich Marek Kozioł. Golkiper ŁKS-u udowodnił, że pomimo tego, iż przez pół godziny na jego bramkę nie padł choćby jeden celny strzał, nie utracił koncentracji i zachował kapitalną formę z ostatnich spotkań. Wszystko zaczęło się od nieudanej kontry ełkaesiaków, po której za plecami pomocników biało-czerwono-białych zostało sporo miejsca. Wykorzystał je Patryk Bryła, który pomknął lewym skrzydłem i zrobił to, z czego doskonale go znamy (i przed czym ostrzegał swoich piłkarzy Pogorzała) – zewnętrzną częścią stopy dośrodkował wprost na głowę ustawionego w polu karnym napastnika. Vamara Sanogo uderzył na bramkę Kozioła z najmniejszej odległości, ale ten popisał się kapitalnym refleksem, parując strzał.

Reklama

ŁKS przez dłuższy czas zdominował rywali dopiero w ostatnich minutach pierwszej połowy. Ełkaesiacy potrafili wreszcie dłużej utrzymać się przy piłce pod polem karnym Zagłębia, a ten okres lepszej gry zaowocował pierwszym celnym strzałem na bramkę gospodarzy – był on efektem jednego z rajdów Kelechukwu, który wszedł ze skrzydła w pole karne i uderzył z ostrego kąta.

W pierwszej połowie ełkaesiacy prezentowali się gorzej niż gospodarze. W ich grze brakowało utrzymania się przy piłce, narzucenia rywalowi swoich warunków, stworzenia groźnych sytuacji podbramkowych.

W drugiej części spotkania obraz gry nie uległ znaczącej zmianie. Obie drużyny szukały szans na zdobycie bramki, ale ŁKS wciąż grał poniżej oczekiwań i nie potrafił wyraźniej zaznaczyć swojej przewagi nad niżej notowanym rywalem. W 65. minucie drugą już w tym meczu kapitalną okazję na otwarcie wyniku mieli gospodarze, którzy doprowadzili do kontry dwóch na dwóch. Umiejętnie ją rozegrali, dzięki czemu Wojciech Szumilas znalazł się w dogodnej sytuacji do oddania strzału z okolic linii szesnastego metra. Pomocnik Zagłębia trafił jednak prosto w słupek.

Reklama

W końcówce meczu piłkę przy nogach częściej mieli ełkaesiacy. Nie przekładało się to jednak na groźne sytuacje podbramkowe, co sprawiało, że biało-czerwono-biali grali pod coraz większą presją, a ich ataki były coraz bardziej chaotyczne i nieskuteczne. Coraz częściej przerywały je też niedokładne zagrania.

Ostatnie dwie emocjonujące akcje obejrzeliśmy w ostatnich sekundach spotkania. Najpierw bliski ponownego rozstrzygnięcia losów meczu w samej końcówce był Mateusz Kowalczyk. Młody pomocnik, którego bramka dała ŁKS-owi zwycięstwo nad Sandecją świetnie dograł w polu karnym do Pirulo. Hiszpan nie był jednak równie skuteczny, co jego młodszy kolega kilka dni temu i nie potrafił zamienić tej sytuacji na bramkę. Chwilę później, w polu karnym ŁKS-u Szymon Sobczak trafił piłką w rękę Adama Marciniaka. Napastnik Zagłębia domagał się przyznania rzutu karnego. Sędzia był innego zdania i spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem.

Zagłębie Sosnowiec – ŁKS 0:0

Reklama
Zagłębie: Gliwa, Ryndak (91. Dalić), Seedorf, Bodzioch, Jończy, Oliveira, Bryła (58. Szumilas), Pawłowski, Kamiński, Masłowski (78. Banaszewski), Sanogo (58. Sobczak)
ŁKS: Kozioł – Bąkowicz (58. Marciniak), Koprowski, Dąbrowski, Szeliga – Rozwandowicz (77. Jurić), Dominguez (58. Wolski), Trąbka (85. Kowalczyk) – Pirulo, Ricardinho, Kelechukwu (77. Kuźma)

Piłka nożna

ŁKS Łódź

Dodaj komentarz

Reklama