Tomasz Stamirowski: “Główny cel? Zmiany stylu gry Widzewa”

Tomasz Stamirowski (z prawej) i Remigiusz Brzeziński Fot. widzew.com

Reklama
Czas 4 min czytania

Najważniejsze jest poukładanie klubu. Jeśli będzie szansa walki o awans, nie będę się wahał, żeby wzmocnić zespół – zapowiada Tomasz Stamirowski, od czwartku właściciel Widzewa.

Przedstawiamy drugą część wywiadu, jakiego Tomasz Stamirowski udzielił “Łódzkiemu Sportowi” (pierwsza część tutaj).

O co Widzew ma grać w najbliższym sezonie? O awans czy może spokojnie budować drużynę?

Reklama

– Pierwszy celem sportowym jest zmiana stylu gry. Pamiętamy przecież pierwszych w historii awans, który nie ucieszył kibiców, a wręcz przeciwnie. Chcę zbudować drużynę, z którą wiele osób się identyfikuje, bo gra skutecznie i widowiskowo. Widzew nie może mieć średniej liczby goli mniejszej niż jeden na mecz. Często bolało mnie, że w meczach nie widziałem, że rzucamy wszystko co mamy, by wygrać. To główny cel: przebudowa stylu. Rozmawialiśmy o tym z Maćkiem Szymańskim.

Widzew musi grać szybko i agresywnie, tak jak było to w najlepszych latach.

Drugie hasło, to futbol z pasją, czyli coś, czego zabrakło na przykład w derbach. Oglądając mecze z Łęczną czy Miedzią Legnica brakowało mi poczucia, że chcemy wygrać za wszelką cenę. Nie było widać takiej determinacji, dania z siebie wszystkiego. Trzecia widzewska cecha, czyli gramy do końca. A my mieliśmy chyba trzy bramki zdobyte w ostatnich 15 minutach. Powinno być tak, jak było w Manchesterze United za czasów Fergusona: gdy przychodziła odpowiednia minuta, podnosił ręce i wszyscy wiedzieli, że drużyna zacznie naciskać.

Reklama

Musimy także rozwijać graczy, bo Widzew nie rozwijał młodych. A powinniśmy mieć monitoring, gdzie zawodnik był na początku, a gdzie na końcu sezonu. Moja największa obawa, to wchodzenie w biegu. Już dawno wiele decyzji powinno być podjętych, a ich nie ma i to nie z mojego powodu. Zdaję sobie sprawę, że dla zawodników ekstraklasa jest pierwszym wyborem, dlatego chcemy wybrać drużynę pod względem charakterologicznym. Normalnie powinniśmy długo oceniać, ale czasu nie ma. Nie będzie to sezon: awans albo śmierć. Najważniejsze jest poukładanie klubu. Jeśli będzie szansa walki o awans, nie będę się wahał, żeby wzmocnić zespół.

Kiedy poznamy nowy drużynę?

– Kibice chcą mieć drużynę, która dobrze gra. Powtórzę, że nie jest to dla mnie optymalny czas na przejęcie klubu, bo jest już późno. Jeśli chodzi o zawodników, to są dwie fale: pierwsza, kiedy ktoś rozmawia od paru miesięcy i domyka transfer; druga, to tacy zawodnicy, którzy czekają lub nie wyjdzie im klub numer jeden na liście priorytetów. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że Widzewowi ciężko konkurować o graczy najlepszych, bo nie jest klubem pierwszego wyboru. Żałuję, że pewnych rzeczy nie udało się zrobić w przerwie zimowej, bo byłem za tym, żeby sprowadzić wtedy środkowego pomocnika, taką mocną dziesiątkę. Widzew ma duży problem z kreowaniem sytuacji. Pojawił się Hanousek, ale kilku lepszych nie udało się sprowadzić jeszcze lepszych, sprawdzonych. Szkoda, że nie przyszedł Abramowicz, bo wtedy zamknęlibyśmy bok obronny. Konieczne są naprawdę wartościowe wzmocnienia, choćby w ataku. Mamy napastników, lecz nie gwarantują oni strzelania bramek. Mam nadzieję, że uda się wszystko poskładać, ale to wszystko musi potrwać.

Współpracuje pan z byłym już zarządem?

– Tak, po złożeniu oferty zapoznałem się choćby z tym, kto ma kontrakt. Trzeba było podjąć decyzje, choćby w sprawie rezerwowego bramkarza. Wypożyczeni są Prochownik i Pięczek i trzeba się zastanowić, co z nimi. Były wahania, czy z kimś przedłużyć kontrakt, jak z Mikuliciem. Jak zapoznałem się z decyzjami zarządu, uznałem jest zrobiłbym tak samo. Poukładałem sobie, ile co kosztuje, jakie jest premiowanie i wreszcie wiem, jakie są wydatki klubu. Współpraca w tym zakresie jest.

W zeszłym tygodniu poznałem nazwiska młodzieżowców, którymi zainteresowany jest Widzew i dałem zielone światło, bo jeśli ktoś pracował nad tym przez pół roku, to zapewne ma rozeznanie i trzeba finalizować. Nie było z mojej strony decyzji, żebym coś zawiesił czy przerwał.

Pozostaje kwestia trenera. Nie jest tajemnicą, że były dwie mocne kandydatury: Krzysztofa Brede i Janusza Niedźwiedzia. Dlaczego wybraliście tego drugiego? Czy to ma związek z nowym prezesem?

– Miałem swoją grupę nazwisk. Chciałem jednak poznać kandydata, bo na przykład z trenerem Paszulewiczem przywitałem się raz. Z perspektywy czasu ta zmiana nie wyglądała najlepiej i drugi raz na coś takiego nie można pozwolić. Z trenerem Smółką też porozmawiałem chyba 20 minut. Komunikacyjnie był trudnym człowiekiem… Poprosiłem klub o sześć, siedem nazwisk, zawęziliśmy to do trzech. Pierwszym moim kryterium, była zmiana stylu gry i na to kładłem nacisk w rozmowach. Chodzi o te trzy punkty, które wymieniłem wcześniej. Zrobiłem sobie listę moich kryteriów, bo musi być spójność.

Pan będzie ponosił konsekwencje decyzji.

– Taka jest rzeczywistość. Patrzymy na trenera Papszuna w Rakowie i widzimy, jaki trener ma zasób intelektualny i jest w stanie doprowadzić, że klub zacznie odpowiednio działać. Patrząc na całość oceniłem, że wybraliśmy dobrego kandydata [Janusza Niedźwiedzia]. Poza tym jego kandydatura była korzystniejsza pod względem finansowym, choć akurat nie było to najważniejsze. Patrząc na ostatni sezon uważam, że wybór trenera miał istotny wpływ na wynik.

Z drugiej strony, Widzew nie jest dziś w stanie zaspokoić wymagań szkoleniowców ekstraklasowych, rozbudowanych sztabów. Poza tym nie jest tak, że mogą dowolnie pokryć ewentualne wymagania transferowe nowego trenera. Trzeba to wziąć pod uwagę.

Drużyna bardzo się zmieni?

– Dla mnie sytuacja jest bardzo trudna i wiem, że kibic ma bardzo krótką pamięć. A na przykład w tym sezonie Widzew zapłacił w tym sezonie za decyzje podjęte na początku pracy pani prezes Pajączek. Łatwo się podpisuje kontrakty na dwa lata, które później się przedłużają i kosztują coraz więcej. Przebudowa będzie. Muszę jednak bazować na opiniach ludzi znających się na sporcie. Jestem w stanie ocenić trenera, ale już nie, czy gracz jest dobry piłkarsko, czy nie. Czy ma cechy, na którą się stawia. Bo gdyby miał wszystko, nie grałby dziś w Widzewie. Jeśli Tomasz Wichniarek pracuje przez rok, trzeba dać mu szansę, choć w okresie zimowym jego wybory nie były optymalne. Chodzi na przykład o wypożyczanie zawodników.

Mówi pan, że jako właściciel klubu będzie pan krytykowany przez kibiców w razie niepowodzenia. Ale teraz takiej odpowiedzialności nie było, bo stowarzyszenie liczyło 20 członków, byłą rada nadzorcza, która blokowała transfery. Teraz będzie łatwiej, bo jednak osoba podejmie ostateczną decyzję.

– Po pierwsze, działalność stowarzyszenia było moim pierwszym doświadczeniem w takiej strukturze i myślałem sobie, że demokracja to coś wspaniałego. Uważam, że decyzyjność jest istotna, zwłaszcza w dłuższej pespektywie. Jednym z kryteriów mojej oferty było uporządkowanie tego. Drugie, chciałbym pilnować, że idziemy od Sasa do Lasa, ale staramy się robić wszystko według założonego planu. Jestem aktywny zawodowo, więc nie będę ingerował we wszystkie wybory. Zarząd i dział sportowy będzie rozliczany. Jeśli źle będzie działał, nie będziemy przewalać całego systemu, lecz poszczególne osoby czy ogniwa. Mam nadzieję, że będzie to na plus. Ale jak wyjdzie… Mamy teraz przykład trenera reprezentacji Polski, który miał być idealny, a na końcu to się chwieje. To jest sport…

Piłka nożna

Tomasz StamirowskiWidzew Łódź

Dodaj komentarz