Igrzyska olimpijskie w Pekinie, mistrzostwa świata juniorów w Panoramie, akademickie mistrzostwa USA, występy w Pucharze Świata i w Pucharze Europy – tegoroczna zima była dla Magdaleny Łuczak wyjątkowo intensywna. W obszernej rozmowie z Łódzkim Sportem pierwsza w historii narciarka reprezentująca Łódź na igrzyskach olimpijskich opowiedziała o trudach ostatnich miesięcy, kulisach olimpijskiej rywalizacji i o sytuacji narciarstwa alpejskiego w Polsce.
Michał Marchlewski (Łódzki Sport): Za Tobą bardzo intensywne miesiące: igrzyska olimpijskie w Pekinie, mistrzostwa świata juniorów w Panoramie, akademickie mistrzostwa USA, występy w Pucharze Świata i w Pucharze Europy. Jak oceniasz tę zimę w swoim wykonaniu? Jesteś zadowolona z tego, jak się potoczyła?
Magdalena Łuczak (narciarka alpejska, uczestniczka zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie): To był najlepszy sezon w mojej karierze. Pomimo tego przebiegał jednak w kratkę. Weszłam w niego bardzo dobrze, ale w kolejnych miesiącach było trochę problemów. Sytuacji nie ułatwiło to, że przed igrzyskami złapałam koronawirusa i pojechałam do Pekinu dopiero dzień przed startem. Igrzyska i kilka kolejnych zawodów było więc w moim wykonaniu trochę słabszych. Do dobrej formy wróciłam dopiero w ostatniej fazie sezonu.
To był najlepszy sezon w mojej karierze
Magdalena Łuczak o zimie 2021/2022
Które momenty tej zimy zapamiętasz najbardziej? Które dały Ci najwięcej radości?
Chyba pierwsze w karierze punkty Pucharu Świata, które zdobyłam w Courchevel. W narciarstwie alpejskim Puchar Świata to najwyższa możliwa liga. Punktowanie w tych zawodach jest celem, do osiągnięcia którego dąży w tym sporcie każdy.
Miejsce w pierwszej trzydziestce w Courchevel było dla Ciebie pozytywnym zaskoczeniem czy jechałaś tam z jasnym celem, żeby po raz pierwszy w karierze wskoczyć na punktowane miejsce?
Nie, nie, to nie było zaskoczenie. Już w zeszłym sezonie, w którym startowałam w Pucharze Europy i w mistrzostwach świata wiedziałam, że jestem blisko tego celu. W tym roku miałam więc już świadomość tego, że jestem w stanie spokojnie punktować. Zwłaszcza, że przed Courchevel pojechałam dobrze w Pucharze Europy w Andalo, gdzie stanęłam na podium i weszłam do dziesiątki. Jadąc do Courchevel, wiedziałam, że jeżeli tylko będę miała czyste, dobre przejazdy, to uda mi się zdobyć punkty. No i się udało.
Chciałbym, żebyśmy zatrzymali się na chwilę przy igrzyskach olimpijskich, bo po pierwsze – to najważniejsza impreza, w jakiej brałaś udział w tym sezonie, a po drugie – ze statystyk, jakie zebrałem przed naszą rozmową wynika, że jesteś pierwszym w historii narciarzem (bez podziału na kobiety i mężczyzn) reprezentującym Łódź na zimowych igrzyskach olimpijskich.
Cóż, z Łodzi generalnie nie ma i nigdy nie było zbyt wielu alpejczyków. Zawsze, kiedy ludzie pytają mnie skąd jestem i odpowiadam, że z Łodzi, pojawia się wielkie zdziwienie, że „jak to?”, „dlaczego?”. Niewielu jest też łódzkich zimowych olimpijczyków, więc świetnie było reprezentować moje miasto w takich zawodach.
Jak wspominasz czas, który spędziłaś na igrzyskach?
To było coś innego, coś wyjątkowego. Może przed wyjazdem nie czujesz tak bardzo, że czeka cię coś nadzwyczajnego, ale kiedy docierasz na miejsce, od razu czujesz tę różnicę i wiesz już, dlaczego wokół igrzysk jest tak wielkie zamieszanie. Dla mnie świetne było to, że poznałam sporo ludzi z reprezentacji olimpijskiej zajmujących się innymi dyscyplinami. To doświadczenie, które daje szersze spojrzenie na sport, pozwala wyjrzeć poza swoją dyscyplinę. A same zawody? Tak naprawdę brały w nich udział praktycznie te same zawodniczki, co w Pucharach Świata, więc towarzystwo było mi całkiem dobrze znane. Śnieg, góry, jazda na nartach – wszystko było tam zupełnie inne niż w Europie. I nie było to tylko nasze wrażenie, bo w wiosce olimpijskiej mówili o tym wszyscy. Było bardzo zimno, wietrznie. Trudno było nam przyzwyczaić się do tamtejszego śniegu i warunków.
W swojej koronnej konkurencji, slalomie gigancie zajęłaś 26. miejsce. To był wynik na miarę Twoich oczekiwań?
– Biorąc pod uwagę okoliczności; to, że przez prawie trzy tygodnie przed startem nie mogłam w ogóle trenować na śniegu, że wyszłam na trasę niemal prosto z samolotu, to wynik był w porządku i byłam z niego zadowolona. Gdyby jednak przygotowania wyglądały normalnie, gdybym była w rytmie startowym, gdyby całość odbyła się miesiąc wcześniej, to oceniałabym go inaczej.
Twój drugi indywidualny start, slalom ułożył się kompletnie inaczej, niż oczekiwałaś… [Łuczak wypadła z trasy na jednej z pierwszych bramek – przyp. red.].
Ze slalomem szło mi w tym sezonie trochę gorzej. Dużo mniej go trenowaliśmy, w przygotowaniach do igrzysk skupiliśmy się głównie na slalomie gigancie. W przyszłości na pewno będę chciała jednak ciągnąć zarówno slalom, jak i slalom gigant, a może dorzucić do tego jeszcze super-gigant.
Może przed wyjazdem nie czujesz tak bardzo, że czeka cię coś nadzwyczajnego, ale kiedy docierasz na miejsce, od razu czujesz tę różnicę i wiesz już, dlaczego wokół igrzysk jest tak wielkie zamieszanie.
Magdalena Łuczak o zimowych igrzyskach olimpijskich w PekinieReklama
Czy miałaś okazję poczuć choć trochę tej szczególnej olimpijskiej atmosfery, tej olimpijskiej magii, czy starty zajmowały Cię w takim stopniu, że nie czułaś tak mocno, że to zawody inne od pozostałych?
– Większość czasu spędziłam w wiosce olimpijskiej w Yanqing. To była najmniejsza wioska spośród wszystkich przygotowanych na igrzyska, mieszkali w niej tylko narciarze alpejscy, saneczkarze i bobsleiści. Było nas tam dosyć mało, a do tego sporą część ludzi była mi już znana, bo w alpejskim świecie wszyscy się kojarzymy. Zostaliśmy zakwaterowani w jednym miejscu, wszędzie pełno wolontariuszy, wszyscy poubierani w białe stroje – wszystko to wydawało się trochę surrealistyczne. Do tego jeszcze ośrodek narciarski w Yanquing, który w całości został wybudowany specjalnie na igrzyska. Chińczycy zbudowali go w dziwnym miejscu, jakby „na górach gór”. Całość wyglądała bardzo nienaturalnie. Śnieg leżał tylko na trasach, a poza nimi były same drzewa i ani grama naturalnego śniegu. Wszystko wyprodukowali sztucznie. Te wszystkie kolejki, gondole, budynki wydawały się tam trochę jak nie z tego świata.
Jak z Twojej perspektywy wyglądała organizacja igrzysk? Chińczycy podołali wyzwaniu?
Myślę, że tak. Jeśli chodzi o organizację naszych zawodów – nie mogliśmy na nic narzekać. Wszystko mieliśmy blisko, na miejscu. Nie musieliśmy nigdzie dojeżdżać autokarami, tylko szliśmy kawałek piechotą do gondoli. Wiem, że niektórzy mieli problemy z testami. Nie były one jednak związane bezpośrednio z wolontariuszami, którzy pracowali z nami, bo oni byli bardzo pomocni i starali się nam pomóc w każdej sprawie, w jakiej tylko potrzebowaliśmy wsparcia.
Całość wyglądała bardzo nienaturalnie. Śnieg leżał tylko na trasach, a poza nimi były same drzewa i ani grama naturalnego śniegu. Wszystko wyprodukowali sztucznie. Te wszystkie kolejki, gondole, budynki wydawały się tam trochę jak nie z tego świata.
Magdalena Łuczak o olimpijskim ośrodku narciarskim w Yanquing
W trakcie igrzysk i po ich zakończeniu sporo mówiło się zwłaszcza o surowym podejściu Chińczyków do koronawirusowych restrykcji. Czy dawały Ci one mocno w kość? Mieszkając w wiosce olimpijskiej czułaś się szczelnie odizolowana od świata?
– Chińczycy bardzo pilnowali wszystkich przepisów związanych z koronawirusem. Kiedy tylko przylecieliśmy na lotnisko, mieliśmy test, a potem kolejny w wiosce. Codziennie rano albo wieczorem robili nam testy PCR. Bardzo tego pilnowali. Jakikolwiek kontakt z zakażoną osobą skutkował odesłaniem na izolację, nawet jeśli siedziała za tobą lub przed tobą w samolocie. Same zasady tej izolacji też były dosyć dziwne – można było wychodzić na narty czy na treningi, ale nie można było pójść nigdzie indziej. Nawet pomimo kilku negatywnych testów trzeba było odsiedzieć swoje. Oni też często nie wiedzieli zresztą, ile testów jest wymaganych, chyba sami gubili się trochę w tych swoich zasadach.
Wraz z zakończeniem rywalizacji w Pekinie rozpoczynamy nowy czteroletni cykl, spoglądamy już w stronę kolejnych igrzysk. Wydaje się, że w ostatnim czasie w polskim narciarstwie alpejskim coś drgnęło; dzięki sukcesom Maryny Gąsienicy-Daniel więcej mówi się też o tej dyscyplinie w przestrzeni publicznej. Czy uważasz, że narciarstwo alpejskie w Polsce jest na dobrej drodze ku temu, żeby robić kolejne kroki do przodu i żeby nasze wyniki w Mediolanie były lepsze niż te osiągnięte w Pekinie?
– Trudno mi powiedzieć. W tej chwili polskie narciarstwo alpejskie na pewno trochę się ruszyło, zwłaszcza dzięki Marynie, która otwiera dla tego sportu kolejne drzwi i przeciera szlaki dla nas, dla młodszych. Nie wiem jednak, co będzie dalej. Na pewno na razie idzie to w dobrą stronę, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy za cztery lata będziemy w stanie osiągnąć dużo lepsze wyniki niż w Pekinie.
Rozmawiamy dzięki transatlantyckiemu połączeniu internetowemu – jesteś w tej chwili w Kolorado, gdzie studiujesz na stanowym uniwersytecie. Jak odnajdujesz się w USA?
– Zaczęłam tu studiować pod koniec sierpnia. Okres przygotowawczy spędziłam w Stanach i, jak widać po wynikach, dobrze mi to zrobiło. Tutaj moje dni są prostsze, spokojniejsze i bardziej uporządkowane. Potrzebowałam takiej stabilizacji, normalności: że rano trenujemy, po południu mamy szkołę; że ten plan dnia codziennie wygląda podobnie. Jestem bardzo zadowolona z tego, jakie mam tutaj warunki i na ten moment czuję, że dobrze się tu odnalazłam.
Jak porównałabyś polskie i amerykańskie podejście do narciarstwa alpejskiego? Jak wiele jest różnic w tym, jak ten sport jest zorganizowany, jak się o nim myśli, jaka jest wokół niego otoczka?
Tu jestem w drużynie uniwersyteckiej, a w Polsce trenuję w kadrze narodowej, więc to trochę inna sytuacja. W Polsce praca skoncentrowana jest w stu procentach na sporcie. Nie dostajemy szansy, żeby rozwijać się zarówno sportowo, jak i naukowo. Jedyną uczelnią, na której alpejczycy mogą się uczyć, rozwijając jednocześnie swoją karierę jest AWF. W innych szkołach sprawy organizacyjne i liczba nieobecności sprawiłyby, że byłoby to raczej niemożliwe. Tutaj nie dość, że sam sport jest zorganizowany w bardzo profesjonalny sposób, to jeszcze dostajemy szansę realizowania się poza nim. Moim zdaniem to otwiera bardzo dużo drzwi na przyszłość. To dla mnie ważne, po zakończeniu kariery będę musiała się jednak czymś zająć.
Z jednej strony sezon olimpijski z dużą liczbą startów, z drugiej strony – pierwszy rok na nowej uczelni: jak tej zimy udawało Ci się łączyć naukę ze sportem?
To był trudny rok. Było dużo pracy, momentami było naprawdę ciężko. Teraz mam sporo rzeczy do nadrobienia, bo będąc w Pekinie, poświęcałam nauce dużo mniej czasu niż robiłam to zazwyczaj podczas sezonu. Wyjątkowo trudna była zwłaszcza końcówka pierwszego semestru, która wypadła w środku grudnia. Miałam wtedy bardzo dużo startów, a jednocześnie egzaminy kończące pierwszy semestr. To był czas, w którym musiałam się bardzo dużo uczyć i bardzo dużo trenować. Potem był jednak miesiąc przerwy i to pozwoliło mi odetchnąć. Drugi semestr zaczęłam w trochę wolniejszym tempie niż wszyscy, ale myślę, że ze wsparciem wykładowców uda mi się wszystko nadgonić. Wierzę, że nauka i sport to światy, które można połączyć. Wielu zawodników, nie tylko alpejczyków, studiuje na uczelniach w Stanach i jest jednocześnie bardzo dobrymi sportowcami na międzynarodowym poziomie. Nie widzę więc problemu; nie widzę powodu, dla którego to połączenie miałoby nie działać. Wiadomo, ludzie mają na ten temat różne poglądy. Dla niektórych bycie sportowcem nadal oznacza, że poza sportem nie możesz robić nic innego. Moim zdaniem to nie jest do końca prawda.
Jak Twoja uczelnia podchodzi do studentów, którzy są w podobnej sytuacji, co Ty?
– Mamy tutaj do dyspozycji całe, stworzone z myślą o nas zaplecze – choćby specjalnych koordynatorów akademickich; ludzi, którzy pomagają nam pilnować wszystkich deadline’ów, tego, żeby w pierwszych dwóch tygodniach zajęć skontaktować się z prowadzącymi, wyjaśnić im, jaka jest sytuacja. Oni są do tego przyzwyczajeni, bo mamy na uczelni ponad tysiąc sportowców trenujących różne dyscypliny. Zarówno w poprzednim, jak i w tym semestrze trafiłam na bardzo wyrozumiałych prowadzących. Szli mi na rękę, jeśli chodzi o terminy: przesuwali je, dawali na pewne rzeczy więcej czasu.
Wierzę, że nauka i sport to światy, które można połączyć. […] Wiadomo, ludzie mają na ten temat różne poglądy. Dla niektórych bycie sportowcem nadal oznacza, że poza sportem nie możesz robić nic innego. Moim zdaniem to nie jest do końca prawda.
Magdalena Łuczak o łączeniu startów na międzynarodowej arenie z nauką na Colorado State University
Jak wyglądają obecnie Twoje treningi? Masz chwilę, żeby odetchnąć po trudach ostatnich miesięcy czy raczej ostatni start tej zimy był dla Ciebie sygnałem, aby rozpocząć intensywne przygotowania do kolejnego sezonu?
Teraz stawiam bardziej na odpoczynek, zwłaszcza, że ostatni czas był dla mnie naprawdę wymagający. Muszę trochę odsapnąć, no i skupić się mocniej na nauce. Nie zmienia to tego, że cały czas jestem w treningu. W tej chwili jest to jednak bardziej okres roztrenowania. Zaczynamy pracować nad przygotowaniem fizycznym: nad wytrzymałością i wydolnością. Kolorado jest do tego idealnym miejscem, bo trenujemy tutaj na wysokości dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza.
Jakie cele stawiasz sobie na najbliższy czas? Czy układasz już w głowie plany na kolejny sezon?
W tej chwili moim głównym celem jest zaliczenie wszystkich przedmiotów na uczelni, bo jak na razie jestem z tym trochę do tyłu (śmiech). Wracając do nart: myślę, że w slalomie gigancie będę startować już głównie w Pucharze Świata. W slalomie być może będę zaczynać od Pucharu Europy, ale mam nadzieję, że w tej konkurencji też szybko przesunę się do Pucharu Świata. Na razie skupiam się na tym, żeby odpocząć i zregenerować się po sezonie.
Igrzyska OlimpijskieMagdalena Łuczaknarciarstwo alpejskiePekin 2022wywiad