Reklama
Reklama
Reklama

Déjà vu, czyli normalność jest sensacją

Czas 2 min czytania
Déjà vu, czyli normalność jest sensacją

Zespół ŁKS-u liczy na wsparcie kibiców (fot. Marian Zubrzycki)

Miałem nadzieję, że będzie jak w piosence: „Ale to już było i nie wróci więcej…”. Wróciło jednak i musimy pisać, że normalność jest czymś wyjątkowym.

Reklama

„Piłkarze ŁKS-u dostali zaległe wypłaty” – artykuł pod takim tytułem zamieściliśmy w niedzielę wieczorem w „Łódzkim Sporcie”. Wiadomość może nie była super sensacyjna, ale na pewno niezwykła, bo w ostatnich kilku tygodniach zamiast o grze drużyny, mówiło się, a następnie pisało o problemach z regularnymi wypłatami w piłkarskim ŁKS-ie.

W ostatnich kilku latach odzwyczaiłem się od takich artykułów, które wcześniej były może nie codziennością, ale powtarzały się bardzo często. Co jakiś czas oba łódzkie kluby wpadały bowiem w finansowe tarapaty i przestawały płacić zawodnikom. W ŁKS-ie ostatni razy taki poważny kryzys miał miejsce w sezonie 2012/2013 i zakończył się wycofaniem drużyny z rozgrywek. Po reaktywacji były kłopoty, jednak krótkotrwałe i nie wychodzące poza klubowe pomieszczenia. Aż do niedawna, kiedy okazało się, że kryzys jest poważny.

Reklama

Wtedy po raz pierwszy doświadczyłem déjà vu, bo złe wiadomości skumulowały się i napływały z wielu stron. A to o zaległościach z pensjami, a to z niespłaconymi transferami (Rygaarda), a to z niepłaceniem byłym zawodnikom i trenerom. Znów były doniesienia o sponsorach, którzy wyłożą kilka milionów i uratują klub.

Od razu przypomniał mi się Widzew z przełomu XX i XXI wieku, kiedy też mamiono kibiców doniesieniami o tajemniczych i bardzo bogatych inwestorach, którzy zjawią się na białych koniach. Żaden z nich nigdy nie dotarł do klubu.

Podobnie było w ŁKS-ie, gdy wyganiano z niego Antoniego Ptaka. Jego miejsce – według przeciwników biznesmena – miało zając wielu bogatych sponsorów, czekających niecierpliwie, aż się wyniesie z klubu.

Reklama

Dzisiejszy ŁKS mocno przeinwestował w ostatnim zimowym oknie transferowym, latem też nie oszczędzał. Przeciwnie, szalał dalej… Słyszałem od jednego z trenerów pierwszoligowych, że na al. Unii przeniósł się jego podopieczny, skuszony 300-procentową podwyżką. A przychody nie wzrosły. Mało tego, zmniejszyły się, bo miasto obcięło dotację, nie udało się nikogo sprzedać, tak jak wcześniej Daniego Ramireza czy Adama Ratajczyka, a zniechęceni kibice nie rzucili się na karnety i bilety. Pensje, bardzo wysokie, co widać w raporcie Deloitte’a dla Fortuna 1. Ligi (ŁKS ma najdroższą drużynę na drugim poziomie), trzeba płacić co miesiąc. Płacić dużo, bo ponad 600 tys. zł.

Konsekwencją był kryzys, zażegnany przed derbami. To jest właśnie coś, czego już dawno w łódzkiej piłce nie było. Że normalne zachowanie stało sensacją, na tyle zaskakującą, że zasługującą na zepchnięcie na drugi plan zwycięstwo nad Arką Gdynia. Zapewniam, że dziennikarze wolą opisywać piękne gole, zwycięstwa, nawet mało efektowne, jak to z Arką, zastanawiać się, kto zagrał dobrze, a kto słabo, czy nawet dyskutować o sędziowaniu. Mam więc nadzieję, że to tylko krótkie zakłócenie w drodze do normalności łódzkiej piłki i po raz ostatni „Łódzki Sport” da na czołówce artykuł, że piłkarzom wypłacono zaległości…

Reklama

Piłka nożnaPublicystyka

ŁKS Łódź

Dodaj komentarz

Reklama