Reklama
Reklama
Reklama

Dlaczego wielki Widzew dziś nie powstałby [FELIETON]

Czas 3 min czytania

Przed kibicami mecz Widzewa z Legią Warszawa, który jest największym klasykiem polskiej piłki. Nie chodzi o Lech – Legia, Legia – Górnik Zabrze czy wszystkie spotkania możnych z Rakowem Częstochowa. W piątek zagrają kluby, które na przełomie XX i XXI wieku odniosły największe międzynarodowe sukcesy, grając w Lidze Mistrzów, pokonując gigantów. I przede wszystkim dostarczając ogromnych emocji.

Reklama

Nie wiem, jaki będzie wynik, choć zdecydowanym faworytem są goście. Legia to najbogatszy klub w Polsce, z największym potencjałem ekonomicznym, a jak wiadomo, w piłce nożnej bez wielkiego budżetu nie ma szansy na trofea. Czasami – jak udowadniał prof. Leszek Bohdanowicz – zdarzają się wyjątki. CZASAMI!

Nie wiem, kto strzeli gole i czy w ogóle padną. Przewiduję jednak, że najgłośniej wygwizdywany będzie Rafał Augustyniak. Jeśli zagra, bo chyba ma zaległości treningowe. Jeżeli wyjdzie na boisko, dla kibiców Widzewa będzie wrogiem, mimo że jeszcze niedawno był ich ulubieńcem.

Reklama

Klubowi z al. Piłsudskiego 138 kibicował od dziecka, tutaj spełniło się jego marzenie i zadebiutował w jego barwach w ekstraklasie, został kapitanem drużyny, a już po odejściu pojawiał się na meczach, wspierał akcje charytatywne.

Dziś to wszystko nie ma znaczenia, ponieważ podpisał kontrakt z Legią. Za to w kibicowskim środowisku Widzewa czeka go infamia, zapewne dozgonna. Z mediów społecznościowych można się dowiedzieć, że mógł mieć wybaczone prawie wszystko, z wyjątkiem przejścia do Legii. „Bo przecież mówił, że jest widzewiakiem”.

Widzew go nie chciał

Nic to, że po powrocie z Rosji Widzew go nie chciał, ale przecież w Polsce jest tyle innych klubów, że Augustyniak powinien odrzucić ofertę ze stolicy, nawet jeśli była dużo wyższa od innych. Popełnił świętokradztwo, bo chce zarobić na dostatnie życie. Niech zarabia, byle nie w Legii…

Reklama

Nie ma znaczenia, że wśród prawdziwych widzewskich legend są byli legioniści: Władysław Dąbrowski, Włodzimierz Smolarek, Kazimierz Putek, Wiesław Cisek, Maciej Szczęsny czy Radosław Michalski.

Dziś – gdyby decydowali kibice – żaden z nich nie zagrałby w Widzewie. Przypuszczam, że podobnie byłoby z Tadeuszem Gapińskim, Zdzisławem Kostrzewińskim, Andrzejem Gręboszem, Andrzjem Pyrdołem, Andrzejem Woźniakiem, Maciejem Terleckim czy Rafałem Pawlakiem, którzy przyszli z ŁKS-u. Nie mówiąc już o Leszku Jezierskim, który stworzył podstawy wielkiego Widzewa, co nie przeszkadzało mu uważać się za ełkaesiaka.

PRZECZYTAJ TEŻ: Były kapitan Widzewa w Legii

Reklama

Przy okazji casusu Augustyniaka gdzieniegdzie można dziś przeczytać, że zdrajcami byli Tomasz Łapiński, Rafał Siadaczka i Marek Citko, którzy zgodzili się na transfery do Legii. Wypisujący i powtarzający podobne bzdury nie zadali sobie odrobimy trudu, żeby sprawdzić, że dzięki sprzedaży tej trójki Widzew mógł spłacić długi i przeżyć kolejny sezon. Jakub Rzeźniczak też odchodził, bo w Łodzi nie było żadnych perspektyw. Inna sprawa, że nie poradził sobie później z krytyką…

Na tych przykładach widać, jak kibicowskie emocje biorą górę nad rozsądkiem. Wygrażający Augustyniakowi w mediach społecznościowych zapewne postąpiliby tak samo jak on, gdyby dostali bajeczną – jak na polskie warunki – ofertę. Ten chłopak ma przed sobą kilka lat gry na wysokim poziomie, więc jest naturalne, że chce wykorzystać koniunkturę zarobić jak najwięcej. Sport to dziś przede wszystkim biznes.

Wybiórcza pamięć kibiców

Z drugiej strony ta grupa grupa kibiców Widzewa odsądzająca Augustyniaka od czci i wiary, ma bardzo wybiórczą pamięć. Na przykład hołubi piłkarzy, którzy zachowali się dużo gorzej, zostawiając klub w trudnej sytuacji. Przykładem jest Mariusz Stępiński, który dziewięć lat temu porzucił Widzew będący na krawędzi istnienia, mimo że był ostatnią nadzieją na poprawę sytuacji finansowej. Trener na niego stawiał kosztem osłabienia zespołu (jego zmiennik Ben Dhifallah był wtedy lepszym napastnikiem od 17-latka), by zarobić na transferze, po skończeniu 18 lat pożegnał się, by zarabiać w Niemczech, gdzie zresztą kariery nie zrobił.

Reklama

Czym to się różni od Augustyniaka, który też chce być bogatszy?

Okolicznością łagodzącą w przypadku Stępińskiego jest to, że był wtedy bardzo młody, ale posłuchał doradcy, także zadeklarowanego – jak powtarza – widzewiaka (z epizodem w ŁKS-ie), który od tamtej pory ilekroć pojawia się w klubie, tyle razy przysparza mu kłopotów. Obaj całują herb i nie trafili – jeszcze – do Legii, dlatego dotąd nie spotkał ich los Augustyniaka.

Morał jest taki, że gdyby ta głośna grupa fanów miała wpływ na historię Widzewa, nie byłoby ani półfinału Pucharu Europy, ani zwycięstwa nad Juventusem czy oboma Manchesterami, ani fenomenalnego zwycięstwa na Łazienkowskiej, Broendby i Ligi Mistrzów. Legia i ŁKS to niemal śmiertelni wrogowie i dla wielu „kibiców” lepiej mieć gorsze wyniki niż np. sprowadzać z nich piłkarzy. To także odpowiedź, dlaczego dziś polska klubowa piłka jest tak słaba, że drużyny przegrywają z Islandczykami. Jedna z przyczyn jest taka, że emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, dlatego trudno sobie wyobrazić, żeby np. mistrz Polski wzmocnił się kosztem wicemistrza.

Reklama

Piłka nożnaPublicystyka

Legia WarszawaRafał AugustyniakWidzew Łódź

Dodaj komentarz

Reklama