Reklama
Reklama

ŁKS zmiennym jest i co z tego wynika

Czas 2 min czytania
ŁKS zmiennym jest i co z tego wynika

Tomasz Salski i Krzysztof Przytuła fot. ŁKS Łódź

Czy klub, w którym co pół roku zmienia się trenera, może odnosić sukcesy? Rzadko, o czym można się przekonać w ŁKS-ie.

Reklama

Ostatnim szkoleniowcem, który przepracował przy al. Unii cały sezon był Kazimierz Moskal. Przypomnę, że przejął drużynę po Wojciechu Robaszku, po awansie do I ligi. Z ekstraklasy nie było mu już dane spaść, bo 11 kolejek przed końcem niespodziewanie zastąpił go Wojciech Stawowy. Dlaczego akurat w tym momencie, kiedy nie było już szans na utrzymanie? O tym za chwilę…

W maju 2020 roku, gdy żegnano Moskala, nikt nie przypuszczał, że trenerska karuzela zaczęła nabierać obrotów: Stawowego zmienił Ireneusz Mamrot, Mamrota – Marcin Pogorzała, Pogorzałę – Kibu Vicuna, a Vicunę znów Pogorzała. Wychodzi na to, że średnio każdy z trenerów pracował przez cztery i pół miesiąca, czyli 134 dni. Jeśli odliczymy od tego przerwy – letnią i zimową – ten okres będzie jeszcze krótszy. Statystykę zawyżył Stawowy, zatrudniony przez 11 miesięcy. Czy po tych wyliczeniach ktoś dziwi się, że od spadku z ekstraklasy ŁKS permanentnie rozczarowuje?

Reklama

ŁKS był konsekwentny

Wcześniej Tomasz Salski, właściciel spółki i do niedawna prezes, był wzorem konsekwencji. Mimo presji w II lidze nie zdecydował się zwolnić Wojciecha Robaszka, a nagrodą był niespodziewany awans. Razem z ŁKS-em do pierwszej ligi wszedł wtedy Raków Częstochowa prowadzony przez Marka Papszuna. Dziś ta drużyna pod wodzą Papszuna walczy o mistrzostwo, a ŁKS jest pierwszoligowym średniakiem, mimo być może najmocniejszego składu w lidze.

Dlaczego właściciel tak bardzo zmienił strategię i zmienia trenerów z tak wielką częstotliwością? Prawdę zna tylko Tomasz Salski. Część roszad da się wytłumaczyć, bo na przykład Mamrot sam odszedł, choć można przypuszczać, że w ten sposób uprzedził decyzję swoich łódzkich szefów.

Reklama

Prześledźmy, co dały zmiany: Moskala na Stawowego – nic, bo zespół z hukiem spadł z ekstraklasy przegrywając aż dziewięć z 11 meczów. Gdy Stawowego zastępował Mamrot, drużyna była czwarta z dwoma punktami straty do wicelidera. Skończyła sezon piąta, a do miejsca gwarantującego awans brakowało siedmiu punktów!

Reklama

Zatrudnienie Vicuny też było wyzwaniem, bo dotąd jedynymi jego atutami było to, że jest sympatyczny, ma dobry warsztat i pochodzi z Hiszpanii. Ale – jak to mówił Kazimierz Górski – „to dobry trener, ale ma jedną wadę: nie ma wyników”. Trudno jednak o wyniki, gdy piłkarze zamiast myśleć o wygrywaniu, zastanawiają się, kiedy i czy w ogóle dostaną wypłaty. Z wieloletniego dziennikarskiego doświadczenia wiem, że trudno wtedy o koncentrację i skupienie się na sporcie. Takie kłopoty rozbijały drużyny lepsze niż dzisiejszy ŁKS.

Kto nie dyrektorem, przeciw ŁKS-owi?

Jest jeszcze jeden problem, o którym aż huczy w nieoficjalnych rozmowach. W ŁKS-ie najważniejszy jest właściciel, ale równie ważny dyrektor sportowy. Biada trenerowi, który ma nie zgadać się z tym drugim. Jeden z wymienionych wcześniej szkoleniowców opowiadał, że gdy ośmielił się mieć inne zdanie, przez kilka tygodni traktowany był jak powietrze, aż do niespodziewanego zwolnienia. To niejedyny taki przypadek… Jest takie przysłowie, że „co wolno wojewodzie…”. ŁKS to prywatny klub, więc jego główny udziałowiec może robić co chce. I robi, kręcąc trenerską karuzelą, razem z dyrektorem sportowym, którego ostatnim sukcesem było wynalezienie i sprzedaż Daniego Ramireza. Później było już tylko źle. Tylko kibiców żal…

Reklama

Publicystyka

Kibu VicuñaŁKS Łódźtomasz salski

Dodaj komentarz

Reklama