TYLKO U NAS! Andrzej Kretek: „Piłkarze muszą udowodnić, że nieprzypadkowo zostali widzewiakami”

Andrzej Kretek (fot. Marian Zubrzycki)

Reklama
Czas 4 min czytania

Widzew chyba ma już za sobą najtrudniejsze momenty po wznowieniu rozgrywek. W niedzielę Czerwono-Biało-Czerwoni pokazali niezłą grę i wielką wiarę we własne umiejętności, pokonując Lecha II Poznań 3:2, mimo że przegrywali 0:2.

O tym meczu oraz o szansach Widzewa na awans do Fortuna 1 Ligi porozmawialiśmy z Andrzejem Kretkiem, byłym piłkarzem i trenerem klubu z al. Piłsudskiego.

Bartosz Jankowski (Łódzki Sport): Widzew po kapitalnym pojedynku pokonał Lecha II Poznań 3:2 Jak się Panu podobało to spotkanie?

Reklama

Andrzej Kretek: Mecz był bardzo widowiskowy. Z punktu widzenia trenera mogę jednak powiedzieć, że szkoleniowcy nie lubią takich szalonych meczów. Wolimy raczej spotkania spokojniejsze. Oczywiście mecz był super, Widzew pokazał zaangażowanie i charakter, ale chyba lepiej wygrać 3:2, prowadząc już wcześniej 3:0. Z drugiej strony taki przebieg meczu na pewno scementuje zespół.

Jak w takim meczu wygląda praca trenera? Jak motywować piłkarzy przy wyniku 0:2, kiedy przecież ta gra wygląda naprawdę nieźle?

Tutaj słowa uznania dla trenera Marcina Kaczmarka, który potrafił trafić do piłkarzy. I to nie w trakcie meczu, ale jeszcze przed nim, bo piłkarze od początku grali swoje z wiarą w to, że wygrają. Kluczem do zwycięstwa Widzewa była bramka Daniela Tanżyny na 1:2, strzelona tuż przed przerwą. Po pierwsze taki obrót spraw podcina skrzydła przeciwnikowi, a po drugie dodaje wiary drużynie, która goni wynik. Właśnie największym paradoksem było to, że Widzew grał naprawdę agresywnie i ciekawie, ale mecz ułożył się zupełnie niespodziewanie. Przecież już nie raz widzewiacy zaczynali niemrawo i było po pierwszej połowie 0:0, a tu zaczęli fajnie i w pewnym momencie przegrywali 0:2. Tak bywa w piłce. Nie zawsze lepszy wygrywa, ale akurat w meczu z rezerwami Lecha Widzew wygrał zasłużenie. 

Reklama

Czyli rozumiem, że Pana zdaniem najważniejszy moment meczu to trafienie „do szatni” na 1:2?

Dokładnie tak. Ja wiem, że trener Michniewicz twierdzi, że 2:0, to bardzo niepewny wynik. Niemniej dla goniącego zespołu to nie jest łatwa sytuacja, bo trzeba strzelić dwa gole i masz tylko punkt. Przy stanie 1:2 wystarczy jedno trafienie, jest remis i pojawia się na horyzoncie szansa na zwycięstwo. Tę sytuację można porównać do wyścigu kolarskiego. Łatwiej gonić uciekiniera jak go widać, niż jak tylko dostajesz informacje, że jesteś coraz bliżej, ale wciąż go nie widzisz. Widzew stwarzał sobie sytuacje. Warto podkreślić dobrze bite stałe fragmenty gry. Była poprzeczka, fajnie rozegrany rzut wolny. Ale bez tego gola na 1:2 mogłoby być różnie. Załóżmy, że po pierwszej połowie jest 0:2, 60. minuta, ciągle 0:2, pojawiają się nerwy, niedokładne zagrania, zaczyna brakować wiary w to, że uda się odwrócić losy meczu. A tak w 61. minucie Widzew już prowadził 3:2. Dlatego moim zdaniem ta bramka na 1:2 była najważniejszym momentem meczu.

Czy przy wyniku 0:2 do przerwy Widzew pokonałby Lecha?

Widzew już niejednokrotnie udowadniał, że jest w stanie odwracać losy meczów. Ale bez wątpienia byłoby zdecydowanie trudniej. Sam trener Ulatowski mówił, że ta bramka na 1:2 zaszkodziła jego drużynie, bo pojawiły się nerwy. Widzew zapewne by walczył, bo widać było, jak bardzo piłkarzom zależy na zwycięstwie, ale nie jestem pewien, czy udałoby się zgarnąć komplet punktów. Ta bramka zadziałała na obie ekipy. Widzewowi bardzo pomogła, a Lechowi zaszkodziła. 

Widzewiacy już w pierwszej połowie otrzymali 4 żółte kartki. Czy Pana zdaniem te napomnienia są dobrą wiadomością, bo piłkarze ostro walczyli w stykowych sytuacjach?

Żółte kartki są wpisane w ten sport. Niektóre kartki były dane przez sędziego zbyt pochopnie. Na przykład ta kartka dla Marcina Robaka – tutaj był jakiś faul, ale nie było złośliwości. Arbiter jednak postanowił ukarać piłkarza i teraz już chyba nie ma co dyskutować. Teraz swoją szansę dostaną inni piłkarze.Tak to działa. Pozostali zawodnicy mają teraz udowodnić trenerowi, że są w formie i nieprzypadkowo zostali widzewiakami. Tak to sobie wyobrażam i myślę, że trener Kaczmarek również tak to widzi. Pojawia się okazja dla tych, co dostali do tej pory mniej szans. Prawdopodobnie Rafał Wolsztyński i Marcel Pięczek otrzymają okazję na to, by zagrać fajny mecz, dając trenerowi do myślenia przy ustalaniu składu na następne mecze. Wiem, że to trochę idealistyczne spojrzenie, ale tak w Widzewie powinno być.

Widzew w końcu zagrał tak, jak powinien grać od początku wznowienia rozgrywek. Dlaczego Pana zdaniem musieliśmy czekać kilka tygodni, by zobaczyć zespół z al. Piłsudskiego w takim pozytywnym wydaniu?

Ta przerwa wybiła wszystkich z rytmu. Widzew całkiem nieźle zaczął tę wiosnę, a później przyszedł blisko 3-miesięczny rozbrat z piłką. Na każdego taka przerwa może podziałać inaczej. Na widzewiaków widocznie podziałała bardzo źle. Trzeba mieć nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. Ten sezon jest bardzo nietypowy. Długo nie było wiadomo, czy gramy, czy nie gramy, ile potrwa przerwa, czy Widzew już awansował, czy jeszcze nie. Piłkarze nie mogli normalnie trenować. Nikt się z tym jeszcze wcześniej nie spotkał, więc ta sytuacja była zupełną nowością. Chyba jedynym wyjątkiem w skali Europy jest Bayern Monachium, bo oni wyglądają fantastycznie. 

Czy obecność kibiców na trybunach też miała wpływ na postawę piłkarzy Widzewa?

Na pewno tak. Rozgrywanie i oglądanie meczów przy pustych trybunach, kiedy każdy słyszy tylko krzyki piłkarzy i trenerów, jest straszne. Gra się dla kibiców. Bez fanów to wszystko traci sens, a ich obecność na stadionie na pewno pomogła widzewiakom odmienić losy meczu. Powiem więcej. Gdyby kibice byli na stadionie także na wcześniejszych meczach, to Widzew byłby już bardzo blisko awansu do I ligi. 

Czy po takim meczu, jak ten z Lechem II, można stwierdzić, że Widzew awansuje do I ligi?

Wierzę, że tak się stanie, ale nauczony poprzednim sezoniem wstrzymam się z ferowaniem wyroków. 

Ale w porównaniu z ubiegłym sezonem zespół jest dużo bardziej doświadczony. Są tacy piłkarze jak Wołąkiewicz, Możdżeń, Robak…

Zgadza się i dlatego liczę na to, że awans Widzewa to kwestia tygodni. Mam nadzieję, że takich zawirowań, jak ostatnio, nie będzie. Zawodnicy są już zgrani, powinni się dobrze znać i rozumieć na boisku oraz poza nim. W tym miejscu warto podkreślić siłę Widzewa na wyjazdach, bo 9 zwycięstw na boiskach rywali robi wrażenie. 

Wspomniał Pan, że Widzew gra już jakiś czas praktycznie tą samą jedenastką. Zmiany w wyjściowym składzie, jeśli są, to kosmetyczne. Tymczasem po słabym początku rundy sporo osób domagało się roszad personalnych. Pan również musiał czasami mierzyć się z taką presją. Czy trudno jest trenerowi postawić na swoim w takich sytuacjach?

Ja nie miałem takiego szczęścia, jak Marcin (Kaczmarek – przyp. red.). Gdy ja prowadziłem Widzew, to miałem problem, by zagrać dwa mecze w jednym składzie. Zawsze pojawiała się jakaś kontuzja, ktoś pauzował za kartki, ktoś wypadł ze składu… No nie udało mi się. Jasne, że jak nie idzie, to nie jest to sytuacja komfortowa dla trenera. Ale to on zna piłkarzy najlepiej, widzi ich codziennie na zajęciach, wie, co potrafią i ostatecznie jeśli zawodnicy, którym zaufał, wyciągają wynik z 0:2 na 3:2, to trener udowadnia, że wie co robi.

fot. Marian Zubrzycki

Piłka nożna

Widzew Łódź

Dodaj komentarz