Gratulując Legii

Reklama
Czas 3 min czytania

Gdy jutro piłkarze Wisły Kraków ustawią szpaler dla wychodzących na boisko piłkarzy Legii, do symbolicznych oklasków powinni przyłączyć się wszyscy kibice w kraju. Deprecjonowanie sukcesu warszawian staje się bowiem niesmaczne. Zazdrość natomiast pozostaje uczuciem jak najbardziej uzasadnionym.

Nie tak wcale dawno na głównej trybunie stadionu przy Łazienkowskiej powiewał ogromny transparent z portretem Dariusza Mioduskiego i napisem: „Jest super, jest super, więc o co wam chodzi?”. Teraz podobne pytanie właściciel Legii mógłby skierować w stronę kibiców. Choć początki miał trudne, przetrwał to wszystko, wyciągnął sporo wniosków z porażek (i klęsk, bo za taką trzeba uznać chociażby mistrzostwo stracone na rzecz Piasta Gliwice), które zdarzyć się nie powinny i teraz ma ten komfort, że szalik na szyi króla Zygmunta wiąże, gdy jego klubowi pozostają jeszcze do rozegrania trzy mecze, w których Legia nic nie musi.

Mistrzowi wprawdzie wypada nadal wygrywać wszystko co się da, tak jak przeciwnikom ustawić stosowny szpaler, ale tytułu nic nie odbierze – co świadczy o tym, jaką Legia stała się w minionej dekadzie potęgą. Na razie krajową, ale wszystko jest na dobrej drodze, by najlepszy polski zespół zaznaczył też obecność w Europie.

Reklama

Ci, którzy sukces mistrza deprecjonują, śmieją się jeszcze bardziej ze swoich klubów, które do drużyny ze stolicy tracą coraz więcej. Że liga słaba? To już nie jest wina Legii, a sposobu, w jaki prezesi lub właściciele zarządzają pozostałymi klubami. Siłę najlepszego zespołu Ekstraklasy zweryfikują oczywiście puchary, ale mam dziwne przeczucie, że teraz wcale nie musi być jak zwykle, jak ostatnio. Solidne w ostatnim czasie transfery, trener Czesław Michniewicz gwarantujący wyniki i styl, wreszcie solidne fundamenty, wylane w Legia Training Center. Tak to wszystko powinno wyglądać, wyniki więc przyjdą. Parę lat za późno, po zbyt wielu europejskich rozczarowaniach i upokorzeniach, ale jednak.

Oczywiście mogę się mylić i ręki nie położę, że jesienią nie wrócimy do tradycyjnego w ostatnich latach warszawskiego cyklu, czyli: mistrz – słaba jesień – odpadnięcie z pucharów – zmiana trenera – marsz ku kolejnemu mistrzostwu. Mam jednak dziwne przekonanie, że tym razem wszystkie klocki zaczęły do siebie pasować. Czesław Michniewicz ma przed sobą wszystko, co najlepsze i tylko od niego zależy, jak to wykorzysta. A wykorzystywać okazje potrafi nie gorzej niż Tomas Pekhart na boisku.

W tym samym czasie w innych klubach dzieje się co najwyżej przeciętnie, więc trudno oczekiwać, by ktoś 15-krotnemu mistrzowi Polski zagroził.

Reklama

Prawda jest taka, że solidnej Legii na dłuższą metę wyzwanie rzucić może tylko klub świetnie zorganizowany poza boiskiem, bo to jest jednak punkt wyjścia do tego, by i na murawie dobrze się działo. Piast ma dużo za mały budżet, by powalczyć długofalowo, Rakowowi brakuje przede wszystkim stadionu (choć tam solidne fundamenty też są wylane, łącznie z akademią zarządzaną przez Marka Śledzia), w Szczecinie też każdą złotówkę oglądać trzeba znacznie dłużej niż w Warszawie (choć tam potencjał jest, miasto oddycha futbolem, podobnie jak Poznań.). A Lech… No cóż, o Lechu powiedziano i napisano już niemal wszystko. Klub zmarnowanych możliwości i szans.

Reszta Polski zazdrości więc Legii kolejnych tytułów, a ja po cichu liczę, że za tą zazdrością pójdą pozytywne rzeczy: że nie Legia będzie równała w dół, zadowalając się triumfami w kraju, ale że pozostali pozazdroszczą jej – oby nadchodzących! – występów w Europie. Ligi krajowe w pucharowych rankingach ciągną mocne konie, siła szóstej czy dziesiątej drużyny przełożenia na to, że spadamy o kolejne miejsca w tabelach – nie ma. Trzy – cztery mocne kluby z solidnym planem na lata a nie do najbliższego lata, wystarczyłyby, by zacząć odbudowywać pozycję w pucharach. Droga jest długa i wyboista, ale wierzę, że do przejścia. I że Legia da dobry przykład.

Taką Legią niższych (przynajmniej na razie) klas powinien być ze swoim budżetem i potencjałem Widzew, ale już przez kilka sezonów zamiast budowy solidnego gmachu trwa tam raczej finansowany doraźnie obóz przetrwania.

Łodzianie pokazują, że pieniądze bez pomysłu na ich wydanie i znajomości podstawowego know-how, to dużo za mało. I z zazdrością patrzą z Piłsudskiego na Warszawę, wspominając lata minione, jak choćby sezon 1995/96, gdy Legię pokonali. A warto dodać, że do ówczesnej średniej punktowej zespołu Pawła Janasa obecnej Legii – choć mocnej w lidze – nadal sporo brakuje. Problem w tym, że to lata dawno minione. Obecny Widzew w górę spogląda nieśmiało, długimi miesiącami trwoniąc swój potencjał. I zamiast na stolicę, spojrzeć powinno się w Łodzi na Częstochowę i Szczecin, gdzie dobre zarządzanie doprowadziło do medali mistrzostw kraju. Bo Legia jeszcze długo grać będzie niestety w innej lidze.

Piłka nożnaPublicystyka

Widzew Łódź

Dodaj komentarz